Andrzej Czułowski Vintage Store

Andrzej jest postacią, którą ciężko przeoczyć na ulicy. Szczupły, wysportowany, w nonszalanckich, zagranicznych ciuchach i ciemnych okularach którymi dodaje sobie animuszu – jest wizytówką swojego Vintage Store. Rodowity Krakowianin, emigrował do Stanów jako maturzysta. W Stanach założył sklep z ciuchami vintage,  po powrocie do kraju kontynuował tę drogę-najpierw na ulicy Jana Pawła, następnie na Powiślu, gdzie w końcu również zamieszkał. Czasem słychać z dala głos Andrzeja, gdy rozemocjonowany niemal truchta ulicą Dobrą opowiadając jakąś anegdotkę słuchaczowi po drugiej stornie telefonu komórkowego.

Andrzej i Kasia w Vintage Store

Andrzej i Kasia w Vintage Store

mojepowisle.com: Andrzeju, jaka jest Twoja historia związana z Powiślem?

Andrzej : Było w tym dużo przypadku, znajoma osoba miała akurat mieszkanie do wynajęcia na ulicy Dynasy. Pochodzę z Krakowa i miałem sporo szczęścia, że nie znając miasta, trafiłem  akurat tu. To miejsce jest wyjątkowe. Od piętnastu lat obserwuję olbrzymie zmiany, które tu zachodzą. Pamiętam przecież jeszcze fabrykę cukierków „Syrena”, na rogu Drewnianej i Zajęczej. Podczas wieczornych spacerów pachniało tam czekoladą, miętą, landrynką… Moim największym marzeniem jest bycie właścicielem fabryki czekoladek, autentycznie! Niesamowite, magiczne miejsce, nie przeprowadziłbym się gdzie indziej.

mp: W takim razie skąd sklep z ciuchami vintage?

A: Tu także rządził przypadek. Właściwie pasja do ubrań zaczęła się już w dzieciństwie, ponieważ moja mama była krawcową. Widziałem, jak niesamowite rzeczy wychodzą spod jej ręki. Miała kolejki oczekujących klientek. Nauczyło mnie to zwracać uwagę na detal. Aby zobaczyć, czy rzecz jest wyjątkowa i solidna to patrzymy na wewnętrzne szwy: czy jest lamówka wokół tego szwu, czy są tylko przeszyte. Poznałem „duszę rzeczy” wywodzącą się właśnie ze szczegółów, których nie widać. A vintage dlatego, że każde z tych ubrań ma swoją historię i energię, której nie znam, ale ona przesiąka przez przedmiot. Ja je wskrzeszam.

mp: To czym się różnią Twoje sklepy od „ciucheksów”? Jakością?

A: Stanem. Kluczem doboru jest to, aby ubranie było mało zużyte. Nie ukrywam, że wybieram ciuchy z metką, dobrej jakości. Na przykład płaszcz Burberry, szyty w ten sam sposób od stu lat ma zawsze tą samą, doskonałą jakość.

Sklep Vintage Dobra 56/66 (BUW)

Sklep Vintage Dobra 56/66 (BUW)

mp: Macie z żoną sklepy w innych punktach, np. na ulicy Jan Pawła. Czy tam asortyment różni się czymś od tego, co sprzedajecie na Powiślu?

A: Nie, wszędzie sprzedajemy to samo, w internecie też. Pierwszym lokalem był ten na ulicy Jana Pawła. Jako pierwszy w Warszawie, a może całej Polsce, rozpocząłem osobistą selekcję ubrań second hand. Nasze osobiste zaangażowanie i trud pracy nad selekcją są moją wizytówką i sukcesem. My nie czerpiemy z tego wielkich kokosów, żyjemy jak wszyscy inni, ale kochamy to, co robimy. Łączy nas z Kasią pasja do ubrań.

mp: Ile czasu wyszukujecie każde ubranie? Ile godzin?

A: Żeby wybrać garstkę rzeczy za granicą potrzebny jest dzień lub dwa. Przeglądamy olbrzymią ilość ubrań, aby wybrać i przywieść do Polski kilka przedmiotów. Jesteśmy tak długo w biznesie, że mamy swoich stałych dostawców, w Anglii źródło metek brytyjskich, np. Burberry czy Barbour. W Holandii G-Star i jeansy, w Niemczech bluzy Adidasa z lat 70-tych i 80-tych.

Ubrania w Vintage Store

Ubrania w Vintage Store

mp: Jacy celebryci noszą Twoje ciuchy?

A: Złe pytanie. Nie jest to dla mnie żadną wytyczną. O wiele więcej ludzi bez wielkich nazwisk jest wrażliwych na piękno, które ja dostrzegam w swoich produktach. Wybieram pod kątem tego, czy nosiłbym daną rzecz, jako mężczyzna lub kobieta.

mp: Czy zdarza się, aby Twoje ciuchy pojawiały się na rewiach mody lub w teatrze?

A: Tak. Cały czas gdzieś występują w teatrach, np. w Białymstoku lub w Teatrze Wielkim. Dwa lata temu zainteresowała się naszymi ubraniami Patricia Field, stylistka filmu „Seks w wielkim mieście” czy „Diabeł ubiera się u Prady”. Robiła jeden show w Warszawie. Są zdjęcia, na których widać, że w każdym wyjściu była jakaś nasz rzecz! Później osobiście podziękowała Kasi. To naprawdę nie byle kto, lecz sama guru stylu.

mp: Słyszałam, że niektóre z tych ubrań trafiły nawet do brytyjskiej rodziny królewskiej…?

A: Hm! Nic mi o tym nie wiadomo, jeśli to prawda, to jadę do Londynu, haha. Prawdą jest, że środowisko tamtego dworu nosi tradycyjne płaszcze, kurtki Barbour na przykład na polowania. Więc mogło tak być. Byłoby mi bardzo miło… Mogę za to zdradzić, że sprzedaję rzeczy do bardzo egzotycznych miejsc, szkoły design na Hawajach, wytwórni filmowej na Sunset Beach czy ostatnio do Dagestanu.

mp: Coś ściemaniasz! Haha

A: Proszę o następne pytanie.

mp: Gdybyś miał wybrać strój dla mieszkańca Powiśla, to co to by był?

A: Nie da się określić konkretnego stylu naszej dzielnicy. Ludzie są młodzi: to głodne wszystkiego społeczeństwo yuppies i hipsterów. We wszystkich krajach vintage zawsze istniał i istnieć będzie. Ten styl nie polega na tym, aby się w niego odziać od stóp do głów, tylko aby wybrać jeden przedmiot, która cię urzeknie. To ten brakujący element ciebie.

mp: A powiedz, jak się znalazłeś w Stanach?

A: W 1984 chciałem wyjechać do brata, który tam już był. Zdecydowałem się uciec z kraju przez obóz dla przesiedleńców we Włoszech. Byłem tam pół roku i grałem w piłkę w drużynie III ligi Latino Scallo. Dwa tygodnie przed wylotem dostałem propozycję sprawdzenia się w Lazio Rzym, to jeden z lepszych klubów piłkarskich. Żałuję, że nie miałem okazji i nie dałem sobie szansy. Wspominam to jako bardzo miły czas. Poznałem Włochy, Rzym, włóczyłem się od rana do wieczora poznając małe uliczki i kościoły. Chyba to wszystko było zaplanowane gdzieś „odgórnie”.

mp: A propos. Podziwiałam niedawno Twoje zdjęcie z Janem Pawłem II. Stoisz, piękny młodzieniec z blond lokami, a Papież przekazuje Ci jakąś małą paczuszkę.

A: Każdy dostawał różaniec. Znalazłem się w tej grupie dzięki poznanemu na miejscu księdzu z Polski. Pomógł mi spełnić moje marzenie. Była to Wigilia i zarazem jedno z największych wydarzeń w moim życiu. Od Papieża biła niesamowita energia, empatia. Miało się poczucie, że on patrzy i widzi nas. Rozmawialiśmy o Krakowie.

mp: Jak się prowadziło sklep vintage w Stanach?

A: Prowadziłem mały lokal na East Village, gdzie było dużo artystów i pustostanów; ludzi, którzy nie mieścili się w snobistycznym świecie West Village. Pamiętam że miałem w sprzedaży wspaniałe buty Marlboro, na podeszwie Goodyear, całe granatowe, a druga część biała. Wysokie, do kolan, coś wspaniałego, co najmniej za dwieście dolarów. Nigdy nie widziałem czegoś takiego w sensie kunsztu, wykonania. To, co sprzedaję w Warszawie to bardziej „europejski towar”. W Stanach schodzi  styl western-koszule kowbojskie, Bell-bottoms, Wrangler, Lee…

mp: Widać, coś Ci z tego zostało, albowiem ubierasz się  w bardzo oryginalny sposób.

A: Dziękuję i dziękuję za rozmowę.

Sklep Vintage Store znajdziecie w podziemiach BUW.

Komentarze

komentarze