Norbert Redkie

Spotkaliśmy się z Norbertem Redkie aby porozmawiać nie tylko o jego inicjatywach na Powiślu.

Moje Powiśle: Norbert, w Waszym klubie Warszawa Powiśle rządzi hipsterski styl a Wy, jako jego twórcy jesteście prawdziwymi trendsetterami.

Norbert Redkie: Nie ma co tego ukrywać, wpisaliśmy się w początek pewnej zmiany stylu. Od początku tak było, chociaż ciężko jest sprecyzować, kim dokładnie jest hipster.

Norbert Redkie

MP: Jakie są główne cechy hipstera?

NR: Dla jednych będzie to ten, który wygląda inaczej, dla drugich ten, który nosi wyciągnięty sweter. A  jeszcze inny obserwator zaliczy do tej grupy osobę w seledynowym dresie.

MP: Sama koncepcja PKP przyszła Wam do głowy wskutek obserwacji klubów zagranicznych, czy po prostu sami nie mieliście gdzie się bawić i postanowiliście otworzyć knajpę ze swoich marzeń?

NR: Wróciłem z Londynu, a Bartek z Nowego Jorku. Pomyśleliśmy o otwarciu skromnej kawiarni, takiej, w której można w spokoju napić się alkoholu i przy okazji obcować z kulturą. Ale szybko okazało się, że towarzystwo, w którym się obracamy oraz wielkie zapotrzebowanie na rozrywkę tego typu, ściągnęło na otwarcie Warszawy Powiśle dwa tysiące osób. Rzecz zupełnie niespotykana i nieprzewidziana. Miałem dwadzieścia jeden lat, Bartek o rok więcej i nie mieliśmy żadnej strategii marketingowej w rękawie. Nie mieliśmy bladego pojęcia o takich sprawach.

MP: Złoty strzał.

NR: Tak, duże szczęście. Stworzyliśmy miejsce dla siebie, a szybko wyszło na jaw, że to było również miejsce dla całej rzeszy innych.  To miał być kiosk z wódką i kulturą.

MP: A powiedz… Nie poczuj się urażony, ale czy to nie jest tak, że nie wpuściliby Cię do Syreniego Śpiewu, Waszego lokalu, z powodu dress code’u?

NR: Oczywiście! Parę razy się to zdarzyło. Dwa razy przy wejściu nie chciał mnie wpuścić nieświadomy selekcjoner. Wtedy ochroniarz biegł szybko do nas, aby mu dyskretnie uświadomić faux pas.

MP: Uwielbiam Syreni Śpiew. Nie bywam w PKP Powiśle, ale Twój drugi lokal wydaje mi się genialny, szczególnie architektura. Uwielbiam tam się bawić. Szukaliście i tym razem budynku w stylu PRL, aby pasował do PKP Powiśle?

NR: Zawsze szukaliśmy ładnych budynków. O ten budynek staraliśmy się przez dwa lata. Trafiliśmy akurat na moment, gdy został sprzedany przez SLD. Miesiąc później mieliśmy podpisaną umowę.

MP: Skąd taki tłum w sobotnie wieczory? Miejsce odległe od centrum, zacisze powiślańskie – dojechać można praktycznie tylko taryfą. Czy po prostu brakowało czegoś, co zapełni lukę po Jadłodajni Filozoficznej, tutejszej enklawy knajpianej spalonej kilka lat temu?

NR: My od razu celowaliśmy w konkretną grupę odbiorców, dla której stworzyliśmy jedyną w swoim rodzaju atmosferę lokalu.

MP: Ale drink mango kosztuje trzydzieści złotych. Na moim wieczorze panieńskim  świadkowa prawie zbankrutowała stawiając koktajle.

NR: Tak, ale w innych miejscach w Warszawie zapłacisz tyle samo. W Syrenim możesz napić się naprawdę dobrego drinka.  Trzymamy bardzo wysoką klasę. Ściągnęliśmy po prostu do Syreniego tego klienta, który nie miał gdzie się bawić fajnie i z klasą.

MP: Wracając do PKP Powiśle – myślisz, ze dziesięć lat temu ktoś by kupował Fritz-Colę za dziesięć złotych?

NR: Sądzę, że nie. W 2004 roku absolutnie nikt by nie sięgnął po taki napój. W tamtym okresie Polska dopiero wychodziła z kiczowatych lat 90-tych.

MP: Czyli że trafiliście idealnie w moment, w którym przeciętny klient zmienił swój gust i dysponuje odpowiednim  portfelem. Co w takim razie wróżysz dla rynku barmańskiego za kolejną dekadę?

NR: Mam nadzieję, że zaczną powstawać miejsca wielopłaszczyznowe. To znaczy, nie stricte restauracje, w których zjadasz, wypijasz wino i wychodzisz, ani bar z wódką, tylko coś, co łączyłoby nasze całodzienne potrzeby towarzyskie i gastronomiczne.  Taki lokal, w którym zjesz w jednej kondygnacji, a potem  przemieścisz się do baru na szota i jeszcze na koniec zatańczysz. Mam nadzieję, że wpiszę się w taki trend.

MP: Szukacie trzeciego lokalu?

NR: My zawsze szukamy. Przecież po drodze otworzyliśmy jeszcze dwa lokale, w tym Lody Na Patyku.

MP: Marka Grupa Warszawa to obecnie o wiele więcej aniżeli lokale z alkoholem. Sponsorujecie dzieciaki związane z windsurfingiem, kręcicie filmy, produkujecie lody na patyku…

NR: Staramy się pomagać i angażować społecznie. W kontekście windsurfungu nasza działalność opiera się na wspieraniu dzieciaków startujących w klasie RS-x. Sam długo uprawiałem windsurfing, chciałem zostać zawodnikiem, dzięki temu miałem dobry kontakt z bazą Mrągowo. Oni zawsze potrzebują pieniędzy, więc im pomagamy.

MP: A filmy?

NR: Zaczęło się od filmu Baby Blues. Znałem Agnieszkę Kurzydło, producentkę, której zabrakło funduszy. Po rozpadzie Zentropy w tym regionie postanowiliśmy założyć spółkę MD4 i pomóc przy produkcji. Potem zrobiliśmy W Imię, a obecnie  mamy trzy nowe filmy w produkcji. Nie podam tytułów, to tajemnica…  Chyba mamy dobrą  rękę do filmu,  po pierwszej produkcji wróciliśmy z Berlina z Kryształowym Niedźwiedziem!

MP: Nie poprzewraca Wam się w głowach od tych szybkich sukcesów w tak młodym wieku?

NR: Już zdążyło się poprzewracać i na szczęście wróciło do normy. Nie ma co ukrywać, gdy ma się 21 lat i świetnie prosperujący biznes, to dostaje się amoku. Nie znam nikogo, kto by nie dostał głupawki w takiej sytuacji.

MP: A co na to rodzice?

NR: Cieszyli się bardzo i jednocześnie śmiali ze mnie. Potem dostałem jednak kilka mocnych policzków biznesowych, straciliśmy pieniądze na nie przemyślanych inwestycjach i moja głowa wróciła do normy.

MP: Spotykasz się z zawiścią wśród znajomych?

NR: Ciężko powiedzieć. Nie wiem na ile jest to związane z faktem starzenia się. Kiedyś miało się grupę dwustu znajomych, którzy świetnie się bawili. Dziś widuję jedną czwartą z nich, reszta ma dzieci lub jest zmęczona.

MP: To tak jak ja! Czasem  jeszcze wychodzę do Syreniego Śpiewu po uprzednim opróżnieniu skarbonki.

NR: Wiesz, ciężko wyczuć takie ukryte emocje jak zazdrość, tego nie pokazuje się przecież jawnie.  Natomiast czasem usłyszysz, że osoba, której ufasz mówi o tobie „ten zadufany dupek”…

MP: Sukces przyciąga kobiety? Macie powodzenie u dziewcząt?

NR: Nie wiem, mam stałą narzeczoną, jedną jedyną. Natomiast zawsze w miarę łatwo podrywałem dziewczyny, bez względu na prowadzone przeze ze mnie biznesy. Nie imponują mi kobiety które oceniają przez pryzmat sukcesu.

MP: Kiedy ślub?

NR: Nie naciskamy na to. Ślub nie jest dla nas najważniejszym, docelowym  punktem. Mój wspólnik Bartek wziął ślub kilka tygodni temu.

MP: Mieszkasz na Powiślu?

NR: Nie. Urodziłem się tu, na Solcu ale nigdy tu nie mieszkałem. I szczerze mówiąc, nie wiem, czy bym chciał. To za blisko pracy. Wyobraź sobie: dwie knajpy, biuro i jeszcze mieszkanie w tak bliskich odległościach. A pracuję od rana do nocy. Lubię za to spacerować po tutejszych parkach.

MP: Nie boisz się, że za parę lat minie popularność PKP Powiśle?

NR: Ta pierwsza moda już minęła. Lokal był na topie przez pierwsze trzy lata. Zaraz po otwarciu musieliśmy go zamknąć ze względu na brak formalności. Gdy  otworzyliśmy się ponownie, doszło do momentu, w którym siedzieliśmy tam  sami z Bartkiem, ja w jednym końcu sali, on w drugim. Potem przyszła wiosna i amok kompletny. Po trzech latach jednak wszystko sie zmieniło razem z aktywnością organów miejskich.

MP: Głośno było o Was, gdy miasto chciało zamknąć PKP Powiśle. Ponoć było za głośno, chociaż mnie bardziej irytowały grupy gości sikające nocą w krzakach. Stanął murem w waszej obronie – Kuba Wojewódzki, Anna Nehrebecka i cała plejada innych mieszkańców dzielnicy Powiśle.

NR: Straż Miejska wraz z programem Uwaga TVN postanowiła pokazać, że jesteśmy złem wcielonym, musieliśmy stoczyć prawdziwą batalię medialną. Nakręcili straszny, tendencyjny materiał. Warszawa Powiśle jest specyficznym miejsce, pierwszym takim otwartym lokalem, a z tym władze nie chciały i nie potrafiły sobie radzić. Teraz działamy znowu pełną parą i jesteśmy na topie. Spełniamy wszystkie normy, działamy idealnie w świetle prawa.

MP: Co to znaczy : „otwartym”?

NR: Plenerowym. Ludzie „rozlewają się” na chodnik, poza wyznaczony ogródek.  Ale tak naprawdę  nie ma przepisów mówiących o tym, że knajpa musi odgrodzić swój teren. W ten sposób nasi klienci mieszali się z tłumem gapiów, którzy chcieli sobie posiedzieć miło z boku, z piwem w plecaku nie kupionym u nas. Oni łamali prawo, my nie. Któregoś wieczoru była cała akcja, przyjechało dziesięć radiowozów, spisano masę osób, chcieli nam odebrać koncesję… Chodziliśmy więc na mediacje, spotykaliśmy się z sąsiadami, policją, strażą miejską. Trwało to prawie cały rok.  W zeszłym roku stał cały czas radiowóz przy podjeździe. A w Polsce policjant nie kojarzy się przyjaźnie.

MP: Gdzie chodzisz na imprezy?

NR: Nie zobaczysz mnie na imprezie w sobotnią noc. Nie „bywam” od sześciu lat. Chyba, że w którymś z naszych lokali. Gdy otworzyłem knajpę imprezy za bardzo kojarzyły mi się z pracą. Wchodzisz do lokalu i oceniasz instalację, kelnera i alkohol konkurencji, a to męczy.  Jeżeli już wyjdę się napić, to preferuję Mozaikę i Lotos. Stary PRL, niemiła obsługa, mało ludzi. Słowem – święty spokój.

MP: Nasza generacja to symbol wygodnictwa, hedonizmu i imprez, młodość przedłuża się do trzydziestki plus.  To plus czy minus?

NR: Musimy przechodzić w życiu przez trudności. Po pierwsze, nie popełniamy już ponownie tych samych błędów, po wtóre uczymy się o sobie w sytuacjach kryzysowych.  Więc zastanawianie się nad sobą i planowanie przyszłości jest potrzebne, nie sama zabawa.

MP: Podsumowując, najlepiej byłoby przesiadywać w knajpie, w której można się również zamartwiać. Taki smutna dyskoteka. Z Fritz-Colą, of course.