Przekąski u Romana na Ludnej

Pan Roman - u Romana
Pan Roman (fot. gazeta.pl)

Moje Powiśle: – Po wielu latach polewania wódki  w Przekąskach Zakąskach legendarny pan Roman przeniósł się na Powiśle i otworzył własny bar. Czym nasza dzielnica zasłużyła sobie na ten zaszczyt?

Pan Roman: – Gdy Pani spojrzy  na ulicę przez okna mojego lokalu zobaczy Pani ruchliwą arterię, sznur aut i zabieganych ludzi. Jest to więc idealne miejsce na przyjemną gastronomię z pożywnym jedzeniem. Ja wszystko robię dla ludzi, dbam o swoich klientów. Produkty, jakie im serwuję, są tego wyrazem. Powiśle szybko się zmienia i jest teraz fajną dzielnicą, z historii wiemy, że wcześniej ścierały się tu biedota, klasa robotnicza i ubóstwo a pomiędzy nimi wielkie parki. Tu walczyło się o przetrwanie. Mam sentyment do tych rejonów, gdy byłem dzieciakiem ojciec zabierał mnie tu na ryby. Oczywiście otoczenie było inne – wszędzie piach i wydmy oraz kilka brukowanych ulic, po których mogli jeździć jedynie Cyrankiewicz i Gomułka… Otwierałem Przekąski u Romana na Powiślu mając na myśli tamten okres, czując, że tej dzielnicy też coś się należy. Realizuję obecnie swoje marzenia wtopione w tę dzielnicę. Oczywiście, właściciele budynku mieli wątpliwości, jak to zwykle bywa przy otwieraniu lokalu 24-godzinnego, ale spotkałem się z dużą życzliwością. Dziś zanika kultura bywania w całonocnych knajpkach.

Moje Powiśle: – Właśnie, czy dostrzega Pan różnice pomiędzy życiem nocnym za PRL a tym obecnym?

Pan Roman: – W zabawie na pewno nie i w ludziach także nie. My tak samo byliśmy młodzi, przeżywaliśmy, patrzyliśmy na piękno, dobro i zło. Jeśli zaś chodzi o kulturę, to kiedyś chadzało się na dancingi, a dziś na dyskoteki. Inna jest procedura, dziś każdy tańczy osobno. Za moich czasów można było się schronić, utopić w duszy drugiego człowieka we wspólnym tańcu. Dawniej ludzie przesiadywali przez długi czas w jednym lokalu, dziś wciąż się przemieszczają uprawiając „clubbing”. Kiedyś był duży obrót gotówki, a nie miało się co za nią kupić, więc zostawiało się ją w lokalach.

Moje Powiśle: – Dostawał Pan wtedy większe napiwki?

Pan Roman: – Proszę mi wierzyć, że ja nigdy nie pracowałem dla napiwków, a jedynie dla swojego szczęścia, zadowolenia. Dla mnie największa wartość to brylant, jakim są ludzie. Ich oddzielne indywidualności, zmartwienia, radości. Szczególnie dziś przyczyny zmartwień są dla mnie ciekawe, ponieważ za komuny zmartwienia wszystkich były mniej więcej podobne. Kiedyś każdy pracował w wyuczonym zawodzie, a dziś losy Polaków po studiach są niespokojne, zmienne, niepewne.

Moje Powiśle: – Ponoć ma Pan fenomenalną pamięć do twarzy, porównywalną z umiejętnością Jana Pawła II.

Pan Roman: – Byłbym obłudny, gdybym twierdził, że pamiętam wszystkich, ale jest to 80 procent osób, które były u mnie co najmniej dwa razy. Przez rozmowę, fajność, kontakt.

Moje Powiśle: – Ale skąd czas na rozmowę, gdy wokół Pana tłum i rejwach wieczorny?

Pan Roman: – Praca barmana to zajęcie na zasadzie wzrokowej. Ja nawiązuję kontakt z tym, kto czeka przy barze na zamówienie, z gościem, który dopiero co wszedł a jeszcze kątem oka śledzę, co się dzieje na kuchni wśród załogi. Gdy serwuję napoje i czekam na podanie dań, nawiązuję pobieżny dialog i tak to wygląda z każdym, obracam się w tłumie wystających rąk i nawiązuje błyskawicznie serdeczne relacje. Klient musi mieć poczucie, że go dostrzegam i wychodzę do ich potrzeb.

Moje Powiśle: – Ale jako osoba w pracy musi Pan zachować jakiś dystans? Sam strój z muszką zobowiązuje chyba do jakiejś odrębności, wstrzemięźliwości?

Pan Roman: – Dystans zachowuję wtedy, gdy widzę, że druga osoba ma jakieś nieprawidłowe odruchy. Szczególnie, że w mojej pracy wchodzi w grę alkohol. A strój? Każdy zawód ma swój ubiór aby zachować społeczny szacunek dla jego reprezentantów. W ten sposób zachowujemy jakąś kulturę.

Moje Powiśle: – Mnie się wydaje, że współcześnie zanikają: powaga sytuacji, elegancja w zachowaniu i zaufanie zawodowe. Nikt już nie jest autorytetem i tego mi brakuje. No może strażak jest jeszcze jakimś wzorcem.

Pan Roman: – Ja Pani coś powiem. Rozwój umysłowy idzie tak szybko naprzód, że każdemu się wydaje, iż może być specjalistą w każdej dziedzinie. Jest jednocześnie lekarzem, hydraulikiem i doradcą, a przecież człowiek, który umie wszystko, ma depresję!  Lepiej, aby każdy wykonywał swój zawód, nieustannie się doskonaląc, a wtedy każdy będzie od drugiego wymagał tyle, co od siebie. I wróci poważanie społeczne.  Nie wystarczy skończyć studia, aby coś umieć, wielu z nas zżera pusta duma. Ja przez dziesięciolecia szkoliłem personel  i gdy ktoś przychodził do mojego lokalu pracować, nie liczyły się żadne dyplomy. Pytałem – ” Chcesz się nauczyć?  Zacznijmy od konkretów, na przykład od zmywania talerzy”.

Moje Powiśle: – Zdarzyło się Panu odmówić wydania klientowi alkoholu, gdy był naprawdę nietrzeźwy? To chyba taki globalny dylemat barmana – etyka czy finanse.

Pan Roman: – Gdy człowiek przychodzi do mnie po innych imprezach, będąc na ostatnim zakręcie „dobijania się” zawsze próbuję najpierw z nim pogadać, pójść na kompromis.  Prowadzę wtedy odpowiednio rozmowę, częstuję go darmową kawą i przegaduję czas, który dzieli go od wejścia do opuszczenia lokalu. A jeśli chodzi o pieniądze, to zadam Pani pytanie – kto do mnie prędzej wróci –  klient, który będzie następnego dnia pamiętał, że go potraktowałem jak przyjaciela, czy ten, kogo wygonię lub upiję do nieprzytomności?

Moje Powiśle: – Jest Pan żwawy na swój wiek, a stanie za barem to przecież wyczerpująca praca. Uprawia Pan jakiś sport?

Pan Roman: – Tak, przez wiele lat grałem w piłkę, trenowałem nawet dzieci w klubie. A oprócz tego nie daję się dopaść chorobie starczej, nigdy nie opuszcza mnie poczucie humoru. A propos tych dzieci – ja pracowałem z dziećmi z trudnych środowisk, rozbitych rodzin, ubogich domów. Przed każdym treningiem przywoziłem im wielkie pudło z kefirem i pączkami, aby ich odżywić trochę. W pewnym momencie zatraciłem się trochę w tym i żona musiała mi przypomnieć, że czas i troskę należy poświęcać głównie swojej rodzinie, więc trzeba swój altruizm i zacięcie społeczne trochę wyważyć. Poza tym w grę wchodziło brzemię odpowiedzialności- gdy przychodzi Pani do mnie z dzieckiem, powierza mi Pani swoją małą stokroć, a ja muszę uważać, aby jej nie naruszyć.

Moje Powiśle: – A jaka jest Pana historia zawodowa?

Pan Roman: – Zaczynałam od hoteli, byłem ambitny- awansowałem. Wpierw był Grand Hotel, potem praktyki w Bułgarii, potem rok 1975 i pierwszy pięciogwiazdkowy hotel w PRL – Forum. To był skarb komunistycznych czasów. Przyjeżdżali do niego obcokrajowcy i dzięki rozmowom przy barze można było ocenić to, co się rzeczywiście  działo w kraju.

Moje Powiśle: – Obsługiwał pan grube ryby systemu?

Pan Roman: – Robiliśmy bankiety dla Rady Ministrów, przyjęcia dyplomatyczne, delegacje. W czasach wielkiego zacofania polskiej gastronomii my byliśmy lokomotywą napędzająca rozwój. Ludzie przychodzili podziwiać co i jak serwowaliśmy. Aby serwować te dania, trzeba było mieć odpowiednie kwalifikacje. Wprowadzaliśmy  koktajle.

Moje Powiśle: – A wtedy piło się głównie wódkę.

Pan Roman: – Ludzie pili, bo mieli rozmaite przeżycia wojenne lub powojenne. Cieszyli się, że przeżyli, opłakiwali bliskich. Ale była wielka sztama wszystkich mieszkańców Warszawy – naturalne niesienie pomocy obcemu człowiekowi.  Każdy wsadził swój pot, swoją cegiełkę w odbudowę tego miasta, nie było zawziętości. Ludzie umieli się integrować, a dziś patrzymy na innych nieufnie. Kojarzy pani piosenkę „Na Bielanach co niedziela karuzela, karuzela”? To było upamiętnienie tamtych lat. Jako dziecko przyjeżdżałem z rodziną nad Wisłę czy do lasu na pikniki, gdzie ludzie się zapoznawali na miejscu i przykrywszy trawkę lichym obrusikiem dzielono się wszystkim – jajkiem, chlebem. Teraz to znikło.

Moje Powiśle: – Co było po Forum?

Pan Roman: – Moje idea, zaprezentowana panu Gesslerowi, czyli Zakąski Przekąski. Pracowałem tam na noce, bo moja mama chorowała na Alzheimera i przez siedem lat pielęgnowałem ją, sprawując opiekę w dzień. Idea tanich i dobrych przekąsek istniała już wcześniej, ponieważ prowadziliśmy z córką gastronomię na Stadionie Dziesięciolecia i wszystko, co można dziś zamówić z karty zostało wymyślone w poprzednim biznesie rodzinnym. Zresztą obie córki odziedziczyły po mnie charakter i pracowitość, bez nich nie dałbym rady tyle w życiu osiągnąć. To prawdziwe pociechy.

Moje Powiśle: – Jaka jest Pana zdaniem największa specialité de la maison w Przekąskach?

Pan Roman: – To może być coś spoza karty. Jeśli poprosi Pani o stek z cebulką, to kucharz przyrządzi Pani tego steka, jeśli zapyta Pani pracownika, co by pani coś polecił, również może Pani dostać miłą niespodziankę. My jesteśmy na życzenie klienta. A próbowała Pani naszych pierogów z mięsem?

Moje Powiśle: – Próbowałam parę dni temu. Bardzo dobre, trochę kwaśne.

Pan Roman: – Dlatego przyjeżdżają do nas nawet eurodeputowani. Bo ja jedzenie firmuję własnym nazwiskiem, a to zobowiązuje.

Moje Powiśle: – Najciekawsza osobowość, która do Pana przychodzi?

Pan Roman: – Ja wszystkich traktuję tak samo. Nie ma dla mnie osób mniej lub bardziej ciekawych, każdy jest wartościową indywidualnością. Nie patrzę na zawód, jakim się ima dana osoba, ani na grubość portfela. Znam polityków, dziennikarzy, lekarzy i ludzi niewykształconych, wszystkim poświęcam uwagę, patrzę prosto w oczy, wysłuchuję. Zresztą bar to takie miejsce, gdzie w zabawie wszyscy są równi, nie ma podziałów, nie widać od razu naszego wykształcenia ani dzielnicy, w której mieszkamy, tylko charakter. Dzięki temu łatwiej nawiązywać relacje. Nie uwierzyłaby Pani, ile par skojarzyłem przy moim barze prowadząc odpowiednio konwersację. Byłam nawet gościem na ich ślubach.

Moje Powiśle: – Cechy które musi mieć barman?

Pan Roman: – Wytrwałość i pozytywne myślenie. Za wytrwałość szczególnie cenię kolegów piłkarzy z rożnych krajów. Darzymy się wielką sympatią. Z Igorem Ordonem, trenerem Legii, mówimy sobie per „braciszku”. Przyjaźnię się z nimi bo, mają tego ducha sportowego, którego tak sobie cenię. To dążenie do doskonałości.

Moje Powiśle: – Teraz pytanie o kobiety. Przez 40 lat pracy wieczorową porą na pewno zdarzył się Panu podryw ze strony klientek?

Pan Roman: – Dobry barman czy kelner musi pamiętać, że ta ładna kobieta jest u niego konsumentką. Ona jest fajna, urodziwa, ma duszę, zadowolenie z życia, ja jej nie przeszkadzam. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że zawsze byłem człowiekiem na luzie, lubię żarty. Ale przygotowany mnie do życia z przekazem, że jeśli się kocha i decyduje na życie z jedną osobą, to trzeba przy niej trwać. Nie brudzę nigdy swojego ciała. Jeśli kobieta lub mężczyzna podejmuje ważną decyzję, jaką jest dzielenie z kimś życia, to szanuje to, co ma. Co za tym idzie- szanuje też te kobiety po drugiej stronie baru. Nie ma zabawy tak dobrej, aby się nie skończyła. Wszyscy wracają do domu traktując się po koleżeńsku i wtedy ta fajność trwa. Czasem się głowiłem, jak zrobić, aby nikt nie poczuł się gorszy, zraniony, bo te sprawy nie są proste. Mnie pobudza piękno, rozmowa. A barmanowi powie Pani nieraz tyle, co i nawet własnemu mężowi pani się nie odważy.

Moje Powiśle: – To tak jak fryzjer, on też wie wszystko o swoich klientach.

Pan Roman: – Z tą różnicą, że do fryzjera przychodzi pani trzeźwa i może w każdej chwili coś sprostować, a słowa  przy barze szeptane są prawdziwe.

Moje Powiśle: – Pana ulubiony alkohol?

Pan Roman: – Ja z procentami jestem na Ty. Ale piję alkohol w odpowiednim czasie i dobranym towarzystwie – jest to potrzebne do zdrowia. Człowiek jest jak tablica Mendelejewa, potrzebuje wszystkich pierwiastków aby zachować harmonię i zadowolenie z życia. Przecież piwo i wódki gatunkowe zostały wymyślone przez mnichów jako lekarstwo. Dziś ludzie traktują alkohol jako lekarstwo na stres. Zaklinam – nie pijmy przy stresie, ale w radosnym towarzystwie. Wydaje mi się, że kiedyś przedobrzyłem z alkoholem, teraz pijam okazyjnie i same dobre trunki. Czasem robię słynny „koktajl Romana”, czyli jakiś likier, dajmy na to – Kahlua, do tego rum i sok wieloowocowy. Dużo można by opowiadać o sztuce barmańskiej – tajniki koktajli, shorty, longi, silvery, goldy… Ale ja się nie chwalę swoimi umiejętnościami, nie lubię wychodzić przed szereg. Wie Pani, moje pięć minut kończy się na miejscu pracy. W miejscu pracy można nawet i umrzeć, pracując do końca. A ja chcę tyko być do końca fajny.

Moje Powiśle: Dziękuję za rozmowę, bardzo lubimy te Przekąski u Romana.

Centrum Golf na Solcu

Dlaczego kochamy Powiśle? Jest tysiąc powodów ale jeden z nich idealnie pasuje do miejsca o którym jest ten artykuł. Mianowicie chodzi o zaskoczenie. Powiśle lubi zaskakiwać – parę razy już nas zaskoczyło nieźle. W styczniu 2014 razem z Dawidem i Moniką chodziliśmy po Solcu i Okrąg robiąc zdjęcia. Pod adresem Solec 18/20 jak zapewne wiecie znajduje się zagłębie klubowo-kulinarne: 1500m2; sto900 oraz Czarny Rynek. Wielokrotnie tam byliśmy przy okazji różnych imprez czy spotkań towarzyskich. Tym razem coś nas tknęło żeby bardziej się porozglądać i … warto było. Aż dziw, że wcześniej nie zwróciliśmy uwagi na … sklep golfowy! Tak, na Powiślu! To nie koniec niespodzianek.

W środku czeka Was kolejna niespodzianka – w środku, poza półkami pełnymi sprzętu golfowego, znajdują się dwa pomieszczenia w których można pograć w golfa na symulatorze. To jedyne takie miejsce w Centrum Warszawy i naprawdę robi niesamowite wrażenie. Warto spróbować – dla nas najtrudniejsze było przełamanie świadomości, że jesteśmy w zamkniętym pomieszczeniu i że pomimo to możemy a nawet powinniśmy swobodnie uderzać piłeczkę z pełną mocą.

Traf chciał, że udało nam się poznać współwłaściciela Centrum Golf – Szymona, z którym przeprowadziliśmy ciekawą rozmowę – którą streszczamy poniżej.

Moje Powiśle: Od kiedy to jesteście w tym miejscu i dlaczego na Powiślu?

Centrum Golf: Jesteśmy tutaj od kwietnia 2013, a dlaczego Powiśle? Myślę, że z dwóch powodów. Pierwszy to praktyczność, a drugi powód to przekora.

MP: To zacznijmy od pierwszego – praktyczność?

CG: Tak praktyczność – odpowiedź jest też trochę zawarta w nazwie firmy. Golf kojarzy się z obrzeżami miast i raczej wyprawą całodniową. Pomyśleliśmy  o Centrum Golf jako o miejscu w którym warto propagować golfa czy ułatwić dostęp do samego sprzętu. Sklepy golfowe w Polsce mieszczą się zawsze przy polach golfowych – tymczasem często chcesz najpierw coś przymierzyć, poradzić się czy na spokojnie dopasować sprzęt, obuwie czy ubranie do siebie, a na pole pojechać już z kompletem potrzebnych rzeczy i móc skupić się tylko na grze. To praktyczne rozwiązanie.

MP: No tak, a przekora?

CG: Chodziło nam o przełamanie konwencji podmiejskiej. Sam wystrój i lokalizacja obok bardzo modnych i fajnych miejsc także przełamuje nieco konwencję tradycyjnego gentelman clubu. Chcemy walczyć ze stereotypem golfa jako sportu tylko dla elit, nieco także odmłodzić jego wizerunek.

MP: Ale golf jest przecież tak kojarzony w Polsce z nobliwymi panami mającymi dużo wolnego czasu.

CG: Trzeba pamiętać, że golf to jest sport. Golf po 112 latach wraca w 2016 roku na igrzyska olimpijskie. Grając w golfa można się naprawdę zmęczyć, a żeby być dobrym trzeba stale trenować. Naszą taką trochę prywatną misją jest przekonanie ludzi w różnym wieku, że golf jest dla każdego.

MP: Ilu w Polsce jest golfistów i pól golfowych?

CG: Liczbę osób grających w golfa w Polsce szacuje się na kilkanaście tysięcy. Pól golfowych jest zdecydowanie za mało – około 30. Przykładem są nasi sąsiedzi Czesi gdzie w 2011 roku było ponad 50 000 zarejestrowanych graczy, a pól prawie 90. Niemcy mają ponad 600 000 graczy i ponad 700 pól golfowych.

MP: No dobrze, to kto do Was przychodzi w takim razie.

CG: Dominują dwie grupy: Ci którzy chcą potrenować uderzenia i być w formie oraz Ci którzy chcą zacząć przygodę z golfem.

MP: Zaczniemy od tej drugiej grupy, bo sami w niej jesteśmy – od czego zacząć przygodę z golfem?

CG: Przede wszystkim od wizyty u nas (śmiech) – Można u nas niezobowiązująco zapoznać się ze sprzętem golfowym, dowiedzieć się czegoś więcej o golfie i spróbować swoich sił na symulatorze. Nasze centrum oferuje nieco prywatności więc typowe ludzkie obawy – jak wypadnę, czy dobrze stoję, nie jestem zawodowcem – nie mają u nas racji bytu. Każdy kiedyś zaczynał i na pewno nie od razu wiedział jak trzymać kij, czy jak prawidłowo wziąć zamach. Co ważne mamy na miejscu też trenerów, którzy udzielają porad i dają wskazówki.

MP: A co ze sprzętem?

CG: Sprzęt można nabyć po jakimś czasie. Porównałbym w tym względzie golfa do nart – jeśli chcemy pograć sobie raz na jakiś czas, to raczej sugerujemy wypożyczanie sprzętu – na większości pól golfowych jest taka możliwość.

MP: Załóżmy, że chcę mieć własny sprzęt – jakie koszty, ile kijów na początek, jakie marki – na co zwracać uwagę?

CG: W zasadzie to warto zacząć od tego, że to nie jest wcale tak drogi sport, za jaki jest uważany. Dobry sprzęt, zestaw na dobrym poziomie składający się z torby i 8 kijów (żelaza plus putter) to koszt rzędu 1800 zł. Co do butów to można grać w butach sportowych, ale warto mieć buty go golfa z kolcami – ceny od 200 zł.

MP: Ok, wróćmy do klientów – druga grupa. Kto przychodzi potrenować?

CG: Głównie gracze którzy grają regularnie w sezonie. Nasze symulatory mają wgrane najlepsze i najstarsze pola golfowe na świecie. Gwarantujemy 100% pogody J. Na symulatorach można skorzystać z „wideoanalizy swingu” – nagranie z dwóch kamer można obejrzeć w slow-motion, tak aby zrozumieć swój zamach golfowy (każdy jest inny!) i poprawić swoją technikę. To bardzo cenna możliwość dla ambitnych golfistów. Poćwiczyć przychodzą także osoby, często wraz z trenerami które przygotowują się do egzaminu na Zieloną Kartę. To dokument wydawany przez Polski Związek Golfowy – podczas szkolenia poznaje się zasady gry – zachowanie na polu czy na samym greenie, a także podstawy etykiety.

Do Centrum Golf przychodzą także grupy znajomych – czysto rekreacyjnie – trochę jak na kręgle.

MP: Z jakim wydatkiem musi się liczyć taka grupa jak chce sobie u Was pograć?

CG: Ceny za godzinę rozpoczynają się od ok 80 zł. Najlepiej zarezerwować sobie wcześniej symulator poprzez naszą stronę www.

MP: Ok to teraz o samym symulatorach – macie tutaj dwa – jak to działa?

CG: Tak, mamy dwa symulatory firmy HD Golf z Kanady, jesteśmy też dystrybutorem tego sprzętu. Całość opiera się na zaawansowanej technologii, która pozwala na śledzenie kija i piłki golfowej – jej prędkości, położenia i rotacji. Pozwala to na precyzyjne odwzorowanie jej lotu na ekranie i podanie wszelkich parametrów, takich jak odległość na jaką została uderzona, itp.

MP: Jakieś ciekawostki o golfie?

CG: W sumie na myśl przychodzą mi dwie – pierwsza to, że oficjalny rekord długości uderzenia piłki golfowej to 471 metrów – wyobraźcie to sobie…! Druga to astronauta Alan Shepard – dzięki niemu Golf był pierwszym sportem uprawianym na księżycu

MP: Niesamowite, dziękujemy za rozmowę.

 

Na koniec wrzucamy parę pojęć ze słowniczka golfowego:

Putter – kij golfowy używany pod koniec „dołka”, na tak zwanym „greenie”

Green – teren z krótko przystrzyżoną trawą kilka-kilkanaście metrów dookoła dołka, do którego wbijamy piłkę

Swing golfowy – zamach kijem golfowym wykonywany w celu uderzenia piłki

 

Informacje o Centrum Golf możecie znaleźć na stronie Centrum

 

Aktualizacja: Sklep niestety przeniósł się z Powiśla – z uwagi na planowaną zmianę przeznaczenia budynku w którym się mieścił.

Warszawa Powiśle

Warszawa Powiśle: miejsce kultowe.

Warszawa Powiśle - PKP Powiśle
Warszawa Powiśle – Leniwa atmosfera i kawa na leżaku uchwycone z Mostu Poniatowskiego by Monika Tańska
Klubokawiarnia otwarta w 2009 r. w modernistycznym budynku z początku lat 60-tych dawnej kasy biletowej PKP Powiśle obecnie jest obowiązkowym przystankiem dla każdego szanującego się hipstera. Miejsce to przez cały rok kipi od wielości wydarzeń kulturalnych, a już od wczesnej wiosny rotundę otaczają kolorowe leżaki, w których można się zatopić i w odpocząć w swobodnym miejskim klimacie.

W ciągu dnia można tam wstąpić na kawę, ciasto i różne inne przyjemności, a wieczorem przyjść posłuchać najlepszych didżejów.

Cud Nad Wisłą

Cud nad Wisłą

Cud nad Wisłą to miejsce pojawiające się sezonowo na mapie Powiśla. Projekt powstał w 2010 roku dzięki inicjatywie Asi Piaścik, obecne działania animacyjne prowadzi Grupa Citydoping, wspierana przez fundację “Do dzieła”.

Cud nad Wisłą
Cud nad Wisłą

Pierwotne umiejscowienie tej swoistej klubokawiarni to bulwary nad brzegiem Wisły w okolicy Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego.