Bostoński feeling na Powiślu – Music Hub

Rozmowa z założycielkami Music Hub – nowatorskiej szkoły muzycznej na Powiślu.

Olga Trzebińska – Obywatelka świata, z dyplomami, m.in. Harvardu. Po pobycie w siedmiu krajach świata zainteresowała się edukacją kreatywną i założyła sieć placówek muzycznych dla dzieci Barwy Muzyki. Olga_Trzebińska
Olga Matuszewska  Od dzieciństwa związana z muzyką. Uczestniczka konkursów i programów TV, m.in. Must be the Music. Po otrzymaniu dyplomu Berklee College of Music z wyróżnieniem, przeniosła się do Nowego Jorku, gdzie podpisała kontrakt z wytwórnią płytową A-Muse i wydała swój debiutancki album „Don’t Cry”. Po powrocie do Polski kontynuuje koncertowanie oraz tworzenie. Olga_Matuszewska

Music Hub to rebelia ze smyczkiem w ręku?

– Olga T.: Przywiozłyśmy trochę Ameryki na Powiśle (śmiech). Po obserwacji metod nauczania za granicą, gdzie obie z Olgą spędziłyśmy wiele lat, rzeczywiście postawiłyśmy na absolutnie nowatorski sposób kształcenia muzycznego. W naszym centrum rozwija się na pierwszym miejscu słuch, a co za tym idzie – wyczucie rytmu, a dopiero potem czytanie zapisów nutowych. Wychowankowie Music Hub, czy to dzieci czy dorośli, mają poczuć „feeling” muzyki, harmonię. Metody „zaimportowałyśmy” z Bostonu, gdzie Olga uczyła się przez trzy lata.
– Olga M.: To właśnie podejście genialnych pedagogów z Berklee College of Music sprawiło, że całe moje poprzednie kształcenie muzyczne ułożyło się w pełnię. Oczywiście, znałam już nuty, grałam na pianinie. Ale dopiero genialnie proste zajęcia z improwizacji jazzowej pozwoliły mi naprawdę grać. I my zaczynamy prowadzić w Music Hub grupy starszych uczniów tymi samymi metodami. Mniejsze dzieci zaś uczą się według filozofii Colourstrings. Tak szybko, jak dziecko pojmie bazę podstawowych dźwięków, zachęcamy je układania własnych melodii, aby samo tworzyło.

MusicHub2Nasza przysłowiowa rewolucja muzyczna bierze się z podejścia, którego nauczyła mnie szkoła bostońska, ucząca właśnie harmonii i operowania akordami, a nie samymi nutami. Taka świadomość harmoniczna pomaga, nawet dorosłym muzykom, tworzyć i komponować, a nie jedynie grać na swoim instrumencie nuty zapisane na papierze Zasadnicza różnica zauważalna wśród uczniów obu systemów nauczania jest taka: jeśli uczysz się samych nut i ćwiczysz tylko tak zwane „palcówki”, po kilku latach przerwy w graniu nie jesteś w stanie odtworzyć tych umiejętności. A gdy ktoś nauczy cię myśleć akordami i harmonią, nie tracisz tego poczucia melodii, w każdej chwili złapiesz klawiaturę lub struny i po krótkim ćwiczeniu coś zagrasz.

Dochodzimy do często poruszanej kwestii systemu edukacji w Polsce, zarzuca się naszym szkołom przede wszystkim odtwórczy sposób nauczania. Zgadacie się?

– Olga T.: Improwizacja, którą wprowadzamy od samego początku, wpisuje się w moją wizję systemu dającego poczucie własnej wartości małym ludziom. Tego brakuje w polskiej szkole, gdzie należy tylko słuchać, co ci każą i ślepo powtarzać wiedzę. My im dajemy poczucie sprawczości, a to największa moc! Nauczyciele zazwyczaj mówią, że tworzenie własnych melodii musi być poparte solidną bazą wiedzy i że dopiero na etapie studiów człowiek ma coś do powiedzenia światu. A my odpowiadamy „zaraz, nawet z kilku nut można napisać coś fajnego”. W Stanach w każdej dziedzinie nauczania szkolnego wiedzę posiada się prościej niż w Polsce. Stosuje się proste triki ułatwiające zapamiętywanie ortografii, dat historycznych czy właśnie gam muzycznych. Regułek uczy się za pomocą krótkich wierszyków, które ludzie są w stanie odtworzyć nawet po szybkim przebudzeniu nocą. W Anglii każdy obywatel zna na przykład imiona wszystkich żon króla Henryka VIII, właśnie dzięki prostym rymowankom.
– Olga M.: Proszę sobie wyobrazić, że po trzech dniach ferii muzycznych w Music Hub dzieci już nauczyły się gamy, i to w systemie angielskim, dzięki krótkiej piosence mnemotechnicznej. A po pięciu dniach rozróżniły czynnie półnuty, ćwierćnuty i ósemki. To dla nas olbrzymi sukces i dowód na to, ze nasze metody rzeczywiście działają!

Wychowacie geniuszy muzycznych?

– Olga M.: To nie jest nasz cel. Każdy gość Music Hub ma rozwijać wyobraźnię muzyczną, a nie traktować muzyki jako karę. To jest zresztą coś, o czym nam opowiadają dorośli uczniowie Music Hub. Większość ma jakieś traumy z dzieciństwa, gdy zmuszano ich do gry i karano za każda złą nutę.

Wspomina Pani o muzykowaniu w grupie jako osobnych zajęcia w Music Hub. Nie spotkałam się z tym wcześniej chyba?

– Olga T.: Rzeczywiście, jest to nasz unikalny pomysł. Tym, co nas zawsze łączyło z Olgą, jest podejście do muzyki jako do zjawiska grupowego. We wszystkich plemionach pierwotnych muzyka działa się w grupie, to samo w muzyce ludowej. Nawet jeśli ktoś gra solo, potrzebuje chociaż jednego słuchacza. Aby muzyka miała sens, potrzebny jest odbiorca. Ileż można grać dla samego siebie? Muzyka jest genialnym sposobem na uczenie się życia w grupie. W orkiestrze trzeba się wzajemnie słuchać i szanować, każdy musi znać swoje miejsce, czekać na swoją kolej. Gdy komuś gorzej idzie, to i całej grupie też idzie gorzej…
Marzy nam się, aby dorośli ludzie spotykali się u nas na wspólne, wieczorne muzykowanie, zetknęłam się z taką formą spotkań towarzyskich w Anglii i chciałabym przełożyć to na nasze warszawskie realia. Polacy są tak poblokowani, że wstydzą się nawet zaśpiewać „sto lat”, a co dopiero grać przy kimś… Chcemy to zmieniać.
– Olga M.: Jest jeszcze aspekt współodpowiedzialności społecznej. Granie grupowe wzmacnia motywację, każdy członek zespołu jest odpowiedzialny za efekt końcowy. Często osobom uczącym się indywidualnie nie chce się ćwiczyć, robią to jedynie pod pręgierzem nauczyciela. A w sytuacji występów grupowych, każdy musi mieć swoją partię dobrze wyćwiczoną aby wspólnie cieszyć się sukcesem. Wspólne muzykowanie to normalne, odpłatne zajęcia w naszej szkole, bandy spotykają się raz w tygodniu. Ja aranżuję takim zespołom utwory. Umożliwiamy też wszystkim uczniom pracę na utworach popularnych, co jest zazwyczaj niewskazane w tradycyjnych szkołach muzycznych. Mówimy „Chcesz grać ścieżkę dźwiękową z Gwiezdnych Wojen? Proszę bardzo. Chcesz odtworzyć nutę zasłyszaną w radio? Pomożemy Ci!” Zresztą muzyka filmowa jest idealnym pomostem pomiędzy muzyką popularną a muzyką klasyczną. Dla dzieci – bomba!
– Olga T.: Poza tym przy grupach muzycznych powstaje efekt synergii, trzy osoby mające dobre, lecz nie wybitne umiejętności wokalne potrafią stworzyć razem coś niezwykłego. Nie trzeba być gwiazdą i wciąż stać na świeczniku. Zapraszamy więc wszystkich, bez względu na poziom umiejętności, granie jest dla wszystkich. Panuje błędne przekonanie, że instrumenty są narzędziem wyrazu tylko dla osób nie wiadomo jak uduchowionych i utalentowanych. A my chcemy, aby można było w Music Hub na Tamce rozwijać słuch, jednocześnie rozwijając się towarzysko, społecznie i emocjonalnie. Od czasu do czasu proponujemy darmowe warsztaty dla szerszego grona, aby tylko zmienić świadomość społeczną o muzyce. Przecież badania pokazują, że 90% z nas ma słuch muzyczny – to idealne warunki do tego, abyśmy wszyscy grali i śpiewali z sąsiadem, przyjacielem, z rodziną.

– Kamienica na Powiślu to miejsce przypadkowe?

– Olga T.: Odpowiedź na to pytanie jest prozaiczna: ja mieszkam na Powiślu, a Oldze bardzo się tu podoba. Nosiłam się z zamiarem otwarcia szkoły w tej okolicy już od kilku lat, aż wreszcie wymarzony lokal w kamienicy na Tamce zaczął szukać właściciela. Od razu wiedziałam, że to jest to!
Olga M.: Wychowałam się w domu pełnym rodzinnego ciepła, szukałam zatem na swój biznes miejsca z kameralnym klimatem. Tutaj wszystkie lokaliki i usługi są „sąsiedzkie”, znamy właścicieli okolicznych kawiarni i sklepów. Poza tym jest tu trudna do zdefiniowania energia twórcza, mieszkańcy Powiśla mają „to coś”, co napędza ich do ciągłego działania. My ze swej strony możemy dorzucić coś od siebie w postaci kameralnych, otwartych dla wszystkich sąsiadów koncertów w naszej sali z fortepianem. Ten fortepian to zresztą „przybysz” z Japonii, płynął do nas z daleka. Kupiłyśmy używany instrument, bo nowy fortepian to wydatek rzędu setek tysięcy złotych. Teraz chuchamy i dmuchamy na ten skarb (śmiech), gdy miałyśmy awarię hydrauliczną w nocy, osłaniałam instrument własnym ciałem przez kilka godzin.
– Olga T.: To niesamowite, ja czuję się na Tamce tak, jakbym miała swój mały sklepik z paskami (śmiech). Wciąż ktoś schodzący Tamką zatrzymuje się przy naszej witrynie, zagląda przez okno, wchodzi na pogawędkę… A ja wypatruję sąsiadów z radością.

– Powiedzmy jeszcze sąsiadom, na czym można u Was grać?

– Olga T.: Oferujemy umuzykalniające zajęcia grupowe dla dzieci oraz lekcje indywidualne gry na fortepianie, skrzypcach, wiolonczeli, gitarze basowej, flecie poprzecznym, kontrabasie, gitarze akustycznej i elektrycznej, saksofonie…
– Olga M.: (…) jeszcze wokal! (Olga prowadzi zajęcia z wokalu)
– Olga T.: Tak, dochodzimy do najbardziej popularnych lekcji: wokal i perkusja. Ale gdyby ktoś chciał grać na czymś wyjątkowym, np. na tubie, znajdziemy mu nauczyciela. Współpracujemy z wybitnymi nauczycielami, m.in. z Uniwersytetu im. Fryderyka Chopina. Przychodźcie i grajcie z nami, a wasze życie nabierze nowego rytmu.

Rozmowę przeprowadziła Anna Olejnicka-Oliwa

Rafał Bryndal

od Redakcji: Poniżej prezentujemy fragment wywiadu z Rafałem Bryndalem jaki ukazał się w książce Ani Olejnickiej-Oliwa pt “30 Twarzy Powiśla“. Więcej do przeczytania w książce.

Rafał Bryndal

Dziennikarz Radia ZET, satyryk, twórca zespołów kabaretowych, sztuk teatralnych oraz scenariuszy sitcomów. W latach 2010–2012 roku redaktor naczelny miesięcznika kulturalnego „Bluszcz”, od 2013 roku redaktor naczelny magazynu literacko-kulturalnego „Chimera”.

Rafał Bryndal

O co by tu zapytać Bryndala… Może Pan, jako doświadczony dziennikarz, mi podpowie?

To znaczy ja się ciągle siebie pytam: „Co ty robisz chłopie? Co tu robisz, o co ci chodzi w życiu?”. Wciąż nie mogę znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Takie poszukiwanie trwa całe życie.

Jest Pan już blisko celu?

Trudno określić. Udaje mi się, jak dotąd z sukcesem,  realizować swoje podświadome marzenia. Teraz też coś planuję, ale nie pora o tym mówić, aby nie zapeszyć.

Zaczął Pan karierę od studenckiego kabaretu?

Właściwie to od pisania tekstów do zeszytu. Te zaś przechwycił mój brat i wykorzystał w swoim zespole muzycznym. Grał w kilku kapelach, m.in. w Kobranocce. Działo się to w Toruniu, mieście, w którym muzyka studencka, w szczególności rockowa była na bardzo wysokim poziomie. Żyłem sobie w tych klubach,  z muzykami – tu Ciechowski, tam Kobranocka. Korzystaliśmy także z wentylu wolnego słowa, jakim w czasach PRL była turystyczna piosenka studencka. Jako człowiek towarzyski, o opinii miejscowego birbanta, skorzystałem z okazji, aby tworzyć teksty kabaretowe.

Był Pan najzabawniejszym z czwórki braci?    

Najzabawniejszy to jest nasz ojciec.  Trudno jest nasze rodzeństwo porównywać, dzieli nas zbyt duża różnica wieku. Jacek jest o pięć lat młodszy ode mnie, natomiast Michał i Kuba przyszli na świat długo po nas. Michał ma obecnie trzydzieści lat, a Kuba jest straszy od mojego syna zaledwie o rok. Również pod tym względem mój ojciec jest bardzo zabawny…

Łączy Was jednak coś: jesteście osobami twórczymi. Wszyscy bracia są muzykami, Pan jest kreatywnym omnibusem. Rodzice też byli artystami?

Nie, to byli lekarze. Ja tez zresztą miałem iść tym śladem. Na całe szczęście dla pacjentów nie poszedłem tą drogą. Oblałem egzaminy na medycynę, dostałem się za to na prawo. W sumie to my we dwóch, z Jackiem, wytyczyliśmy szlak muzyczny. Pozostali bracia nie mieli wyboru, podążali naszym tropem.

(…)

A teledysk parodiujący My Słowianie to Pana mini próba filmowa?

Nie, to  wymyślił mój szef w Radiu Zet. Wziąłem w tym udział i nie żałuję specjalnie.

Radio Zet to stacja komercyjna, słuchana w każdym busie i każdym kebabie w Polsce. Nie myślał Pan o przejściu do radia niszowego?

No i z czego żyć? A poza tym, ja lubię swoją audycję Taniec z Bryndalem.  Nie pytam swoich gości o pierdoły, o kolorową prasę, dzieci, stosunek do żony ani dietę.  Jeśli mają  ochotę, sami się zwierzają z takich szczegółów, natomiast mnie interesuje skąd pochodzą, co czują, grając, śpiewając, tańcząc, pisząc. U nas w Polsce postrzega się to co komercyjne, jako z definicji kiepskie, a wynika to z kompleksów. Ci, którzy działają niszowo i nie dostali się do komercyjnych mediów, uważają popularne kanały komunikacji za gorsze. Poza tym prowadzę od pięciu lat audycje jazzowe w Chilli Zet. Dostaję sygnały z całego świata, ostatnio z Calgary, że ta audycja jest słuchana przezInternet i to nie jedynie przez Polonię. Dla radiowca to coś ważnego, pięknego.

(…)

Na koniec ułóżmy wspólnie rym: Bryndal mieszka na Powiślu…

Nie ma lepszego na życie w Warszawie pomysłu.

Ciągle zbija bąki w Samie

Uczynił już z tego prawdziwy sakrament!

Nowy rok

Nowy rok, a co za tym idzie – zmiany, zmiany, zmiany… Nowe dziecko, nowa praca, świeży start małżeński. Nowe nadzieje, że to co stare też będzie lepsze. Również dla Powiśla.

Ostatnio byłam świadkiem dwóch poważnych stłuczek przy skrzyżowaniu ulic Jaracza z Solcem, vis-a-vis szpitala. Chyba nawet ze zgonem w jednym przypadku: dachowanie, straż pożarna, naprawdę  kiepska sprawa. Prawdziwe miejsce grozy dla kierowców, pieszych i rowerzystów, wszystko okraszone pięknymi kwiatami w rabatkach na rondzie. Mamy tu więc z okna regularny spektakl pod tytułem „Śmierć za kołem i dzięcielina pała”. Niby Powiśle się rozwija, pięknieje, nabiera majestatu, a tu mamy absurdalnie niebezpieczne miejsce, w którym władze miejskie nie są w stanie postawić znaku stopu albo w jakiś inny mądry sposób wprowadzić harmonii.  Nie wiem, jak się rozwiązuje takie drogowe problemy, jestem blondynką z dyplomem humanisty, ale od tego mamy opłacane z podatków tęgie głowy specjalistów w różnych zarządach. Może radni podejmą temat?

Mieszkam zatem przy ulicy Jaracza. To ta gorsza część dzielnicy – tędy kierowcy luksusowych jeepów mkną szaleńczo w stronę nowych mieszkań przy BUW-ie. Zajadą po drodze do Heritage po włoskie makaroniki, do Samu po chorizo i wegański ser a potem zasiądą do kolacji. Mnie zaś musi zadowolić rozrywka w postaci próby konwersacji z pijaczkami żyjącymi na przystanku pod blokiem. Jacyś smutni chodzą ostatnio – to za sprawą częstych wizyt Straży Miejskiej ( Bogu dzięki za tę straż, gdy przystanek już tak śmierdzi moczem, że nie mogę tamtędy przechodzić. Ale kamień im w but, i niech ich Wszechmogący przeklnie, i zginie rodzina cała- gdy łażą mendy po Powiślu wlepiając mandaty za parkowanie). No i z rozrywki to jeszcze wizyta w teatrze Ateneum. Wizyta, rzecz jasna, hipotetyczna. Paląc czasem w oknie filozoficznego papierosa zerkam tak w prawo, zerkam na teatr, myślę sobie: „w tym miesiącu, roku to już na pewno pójdę. Z mężem pod pachę, krocząc elegancko w butach na obcasach”. Ale szewc bez butów chodzi, uczeń mieszkający najbliżej szkoły zawsze się spóźnia, a ja mieszkam przy Jaracza i nie widziałam jeszcze Fronczewskiego na deskach Ateneum. A Fronczewskiego kocham szczerze i bezgranicznie. Bo Panem Kleksem był i Frankiem Kimono był i wieloma innymi. I Amen.

Nowy rok to rok nowych obiektów Powiśla – w tym m.in. pierwszych etapów Elektrociepłowni Powiśle oraz stacja metra Centrum Nauki Kopernik. Widziałam projekty i powiem szczerze – jeśli to miało być nowatorskie i piękne, to mogli się bardziej postarać. Całość artystycznej wizji projektanta przypomina plac zabaw z pleksi. Jakieś neonowe kolory i proste geometryczne graffiti – i tyle! Proste i nudne. Jeśli już idziemy w estetykę koloru i kiczu, to można upiększyć stację np. surrealistycznymi formami – szklanymi gigabańkami zwisającymi z sufitu, graffiti tworzącymi trompe l’oeuil, pozwijanymi kolorowymi rurami tworzącymi całe labirynty w powietrzu. A wyszło nijako. Ja nie lubię nijakości.

Zatem życzę sobie i Państwu w nowym roku jak najmniej bylejakości. Aby nasze życia oraz otaczające nas budynki, ludzie oraz zdarzenia były ambitne, ciekawe i przyjemne w odbiorze!

Norbert Redkie

Spotkaliśmy się z Norbertem Redkie aby porozmawiać nie tylko o jego inicjatywach na Powiślu.

Moje Powiśle: Norbert, w Waszym klubie Warszawa Powiśle rządzi hipsterski styl a Wy, jako jego twórcy jesteście prawdziwymi trendsetterami.

Norbert Redkie: Nie ma co tego ukrywać, wpisaliśmy się w początek pewnej zmiany stylu. Od początku tak było, chociaż ciężko jest sprecyzować, kim dokładnie jest hipster.

Norbert Redkie

MP: Jakie są główne cechy hipstera?

NR: Dla jednych będzie to ten, który wygląda inaczej, dla drugich ten, który nosi wyciągnięty sweter. A  jeszcze inny obserwator zaliczy do tej grupy osobę w seledynowym dresie.

MP: Sama koncepcja PKP przyszła Wam do głowy wskutek obserwacji klubów zagranicznych, czy po prostu sami nie mieliście gdzie się bawić i postanowiliście otworzyć knajpę ze swoich marzeń?

NR: Wróciłem z Londynu, a Bartek z Nowego Jorku. Pomyśleliśmy o otwarciu skromnej kawiarni, takiej, w której można w spokoju napić się alkoholu i przy okazji obcować z kulturą. Ale szybko okazało się, że towarzystwo, w którym się obracamy oraz wielkie zapotrzebowanie na rozrywkę tego typu, ściągnęło na otwarcie Warszawy Powiśle dwa tysiące osób. Rzecz zupełnie niespotykana i nieprzewidziana. Miałem dwadzieścia jeden lat, Bartek o rok więcej i nie mieliśmy żadnej strategii marketingowej w rękawie. Nie mieliśmy bladego pojęcia o takich sprawach.

MP: Złoty strzał.

NR: Tak, duże szczęście. Stworzyliśmy miejsce dla siebie, a szybko wyszło na jaw, że to było również miejsce dla całej rzeszy innych.  To miał być kiosk z wódką i kulturą.

MP: A powiedz… Nie poczuj się urażony, ale czy to nie jest tak, że nie wpuściliby Cię do Syreniego Śpiewu, Waszego lokalu, z powodu dress code’u?

NR: Oczywiście! Parę razy się to zdarzyło. Dwa razy przy wejściu nie chciał mnie wpuścić nieświadomy selekcjoner. Wtedy ochroniarz biegł szybko do nas, aby mu dyskretnie uświadomić faux pas.

MP: Uwielbiam Syreni Śpiew. Nie bywam w PKP Powiśle, ale Twój drugi lokal wydaje mi się genialny, szczególnie architektura. Uwielbiam tam się bawić. Szukaliście i tym razem budynku w stylu PRL, aby pasował do PKP Powiśle?

NR: Zawsze szukaliśmy ładnych budynków. O ten budynek staraliśmy się przez dwa lata. Trafiliśmy akurat na moment, gdy został sprzedany przez SLD. Miesiąc później mieliśmy podpisaną umowę.

MP: Skąd taki tłum w sobotnie wieczory? Miejsce odległe od centrum, zacisze powiślańskie – dojechać można praktycznie tylko taryfą. Czy po prostu brakowało czegoś, co zapełni lukę po Jadłodajni Filozoficznej, tutejszej enklawy knajpianej spalonej kilka lat temu?

NR: My od razu celowaliśmy w konkretną grupę odbiorców, dla której stworzyliśmy jedyną w swoim rodzaju atmosferę lokalu.

MP: Ale drink mango kosztuje trzydzieści złotych. Na moim wieczorze panieńskim  świadkowa prawie zbankrutowała stawiając koktajle.

NR: Tak, ale w innych miejscach w Warszawie zapłacisz tyle samo. W Syrenim możesz napić się naprawdę dobrego drinka.  Trzymamy bardzo wysoką klasę. Ściągnęliśmy po prostu do Syreniego tego klienta, który nie miał gdzie się bawić fajnie i z klasą.

MP: Wracając do PKP Powiśle – myślisz, ze dziesięć lat temu ktoś by kupował Fritz-Colę za dziesięć złotych?

NR: Sądzę, że nie. W 2004 roku absolutnie nikt by nie sięgnął po taki napój. W tamtym okresie Polska dopiero wychodziła z kiczowatych lat 90-tych.

MP: Czyli że trafiliście idealnie w moment, w którym przeciętny klient zmienił swój gust i dysponuje odpowiednim  portfelem. Co w takim razie wróżysz dla rynku barmańskiego za kolejną dekadę?

NR: Mam nadzieję, że zaczną powstawać miejsca wielopłaszczyznowe. To znaczy, nie stricte restauracje, w których zjadasz, wypijasz wino i wychodzisz, ani bar z wódką, tylko coś, co łączyłoby nasze całodzienne potrzeby towarzyskie i gastronomiczne.  Taki lokal, w którym zjesz w jednej kondygnacji, a potem  przemieścisz się do baru na szota i jeszcze na koniec zatańczysz. Mam nadzieję, że wpiszę się w taki trend.

MP: Szukacie trzeciego lokalu?

NR: My zawsze szukamy. Przecież po drodze otworzyliśmy jeszcze dwa lokale, w tym Lody Na Patyku.

MP: Marka Grupa Warszawa to obecnie o wiele więcej aniżeli lokale z alkoholem. Sponsorujecie dzieciaki związane z windsurfingiem, kręcicie filmy, produkujecie lody na patyku…

NR: Staramy się pomagać i angażować społecznie. W kontekście windsurfungu nasza działalność opiera się na wspieraniu dzieciaków startujących w klasie RS-x. Sam długo uprawiałem windsurfing, chciałem zostać zawodnikiem, dzięki temu miałem dobry kontakt z bazą Mrągowo. Oni zawsze potrzebują pieniędzy, więc im pomagamy.

MP: A filmy?

NR: Zaczęło się od filmu Baby Blues. Znałem Agnieszkę Kurzydło, producentkę, której zabrakło funduszy. Po rozpadzie Zentropy w tym regionie postanowiliśmy założyć spółkę MD4 i pomóc przy produkcji. Potem zrobiliśmy W Imię, a obecnie  mamy trzy nowe filmy w produkcji. Nie podam tytułów, to tajemnica…  Chyba mamy dobrą  rękę do filmu,  po pierwszej produkcji wróciliśmy z Berlina z Kryształowym Niedźwiedziem!

MP: Nie poprzewraca Wam się w głowach od tych szybkich sukcesów w tak młodym wieku?

NR: Już zdążyło się poprzewracać i na szczęście wróciło do normy. Nie ma co ukrywać, gdy ma się 21 lat i świetnie prosperujący biznes, to dostaje się amoku. Nie znam nikogo, kto by nie dostał głupawki w takiej sytuacji.

MP: A co na to rodzice?

NR: Cieszyli się bardzo i jednocześnie śmiali ze mnie. Potem dostałem jednak kilka mocnych policzków biznesowych, straciliśmy pieniądze na nie przemyślanych inwestycjach i moja głowa wróciła do normy.

MP: Spotykasz się z zawiścią wśród znajomych?

NR: Ciężko powiedzieć. Nie wiem na ile jest to związane z faktem starzenia się. Kiedyś miało się grupę dwustu znajomych, którzy świetnie się bawili. Dziś widuję jedną czwartą z nich, reszta ma dzieci lub jest zmęczona.

MP: To tak jak ja! Czasem  jeszcze wychodzę do Syreniego Śpiewu po uprzednim opróżnieniu skarbonki.

NR: Wiesz, ciężko wyczuć takie ukryte emocje jak zazdrość, tego nie pokazuje się przecież jawnie.  Natomiast czasem usłyszysz, że osoba, której ufasz mówi o tobie „ten zadufany dupek”…

MP: Sukces przyciąga kobiety? Macie powodzenie u dziewcząt?

NR: Nie wiem, mam stałą narzeczoną, jedną jedyną. Natomiast zawsze w miarę łatwo podrywałem dziewczyny, bez względu na prowadzone przeze ze mnie biznesy. Nie imponują mi kobiety które oceniają przez pryzmat sukcesu.

MP: Kiedy ślub?

NR: Nie naciskamy na to. Ślub nie jest dla nas najważniejszym, docelowym  punktem. Mój wspólnik Bartek wziął ślub kilka tygodni temu.

MP: Mieszkasz na Powiślu?

NR: Nie. Urodziłem się tu, na Solcu ale nigdy tu nie mieszkałem. I szczerze mówiąc, nie wiem, czy bym chciał. To za blisko pracy. Wyobraź sobie: dwie knajpy, biuro i jeszcze mieszkanie w tak bliskich odległościach. A pracuję od rana do nocy. Lubię za to spacerować po tutejszych parkach.

MP: Nie boisz się, że za parę lat minie popularność PKP Powiśle?

NR: Ta pierwsza moda już minęła. Lokal był na topie przez pierwsze trzy lata. Zaraz po otwarciu musieliśmy go zamknąć ze względu na brak formalności. Gdy  otworzyliśmy się ponownie, doszło do momentu, w którym siedzieliśmy tam  sami z Bartkiem, ja w jednym końcu sali, on w drugim. Potem przyszła wiosna i amok kompletny. Po trzech latach jednak wszystko sie zmieniło razem z aktywnością organów miejskich.

MP: Głośno było o Was, gdy miasto chciało zamknąć PKP Powiśle. Ponoć było za głośno, chociaż mnie bardziej irytowały grupy gości sikające nocą w krzakach. Stanął murem w waszej obronie – Kuba Wojewódzki, Anna Nehrebecka i cała plejada innych mieszkańców dzielnicy Powiśle.

NR: Straż Miejska wraz z programem Uwaga TVN postanowiła pokazać, że jesteśmy złem wcielonym, musieliśmy stoczyć prawdziwą batalię medialną. Nakręcili straszny, tendencyjny materiał. Warszawa Powiśle jest specyficznym miejsce, pierwszym takim otwartym lokalem, a z tym władze nie chciały i nie potrafiły sobie radzić. Teraz działamy znowu pełną parą i jesteśmy na topie. Spełniamy wszystkie normy, działamy idealnie w świetle prawa.

MP: Co to znaczy : „otwartym”?

NR: Plenerowym. Ludzie „rozlewają się” na chodnik, poza wyznaczony ogródek.  Ale tak naprawdę  nie ma przepisów mówiących o tym, że knajpa musi odgrodzić swój teren. W ten sposób nasi klienci mieszali się z tłumem gapiów, którzy chcieli sobie posiedzieć miło z boku, z piwem w plecaku nie kupionym u nas. Oni łamali prawo, my nie. Któregoś wieczoru była cała akcja, przyjechało dziesięć radiowozów, spisano masę osób, chcieli nam odebrać koncesję… Chodziliśmy więc na mediacje, spotykaliśmy się z sąsiadami, policją, strażą miejską. Trwało to prawie cały rok.  W zeszłym roku stał cały czas radiowóz przy podjeździe. A w Polsce policjant nie kojarzy się przyjaźnie.

MP: Gdzie chodzisz na imprezy?

NR: Nie zobaczysz mnie na imprezie w sobotnią noc. Nie „bywam” od sześciu lat. Chyba, że w którymś z naszych lokali. Gdy otworzyłem knajpę imprezy za bardzo kojarzyły mi się z pracą. Wchodzisz do lokalu i oceniasz instalację, kelnera i alkohol konkurencji, a to męczy.  Jeżeli już wyjdę się napić, to preferuję Mozaikę i Lotos. Stary PRL, niemiła obsługa, mało ludzi. Słowem – święty spokój.

MP: Nasza generacja to symbol wygodnictwa, hedonizmu i imprez, młodość przedłuża się do trzydziestki plus.  To plus czy minus?

NR: Musimy przechodzić w życiu przez trudności. Po pierwsze, nie popełniamy już ponownie tych samych błędów, po wtóre uczymy się o sobie w sytuacjach kryzysowych.  Więc zastanawianie się nad sobą i planowanie przyszłości jest potrzebne, nie sama zabawa.

MP: Podsumowując, najlepiej byłoby przesiadywać w knajpie, w której można się również zamartwiać. Taki smutna dyskoteka. Z Fritz-Colą, of course.

Przekąski u Romana na Ludnej

Pan Roman - u Romana
Pan Roman (fot. gazeta.pl)

Moje Powiśle: – Po wielu latach polewania wódki  w Przekąskach Zakąskach legendarny pan Roman przeniósł się na Powiśle i otworzył własny bar. Czym nasza dzielnica zasłużyła sobie na ten zaszczyt?

Pan Roman: – Gdy Pani spojrzy  na ulicę przez okna mojego lokalu zobaczy Pani ruchliwą arterię, sznur aut i zabieganych ludzi. Jest to więc idealne miejsce na przyjemną gastronomię z pożywnym jedzeniem. Ja wszystko robię dla ludzi, dbam o swoich klientów. Produkty, jakie im serwuję, są tego wyrazem. Powiśle szybko się zmienia i jest teraz fajną dzielnicą, z historii wiemy, że wcześniej ścierały się tu biedota, klasa robotnicza i ubóstwo a pomiędzy nimi wielkie parki. Tu walczyło się o przetrwanie. Mam sentyment do tych rejonów, gdy byłem dzieciakiem ojciec zabierał mnie tu na ryby. Oczywiście otoczenie było inne – wszędzie piach i wydmy oraz kilka brukowanych ulic, po których mogli jeździć jedynie Cyrankiewicz i Gomułka… Otwierałem Przekąski u Romana na Powiślu mając na myśli tamten okres, czując, że tej dzielnicy też coś się należy. Realizuję obecnie swoje marzenia wtopione w tę dzielnicę. Oczywiście, właściciele budynku mieli wątpliwości, jak to zwykle bywa przy otwieraniu lokalu 24-godzinnego, ale spotkałem się z dużą życzliwością. Dziś zanika kultura bywania w całonocnych knajpkach.

Moje Powiśle: – Właśnie, czy dostrzega Pan różnice pomiędzy życiem nocnym za PRL a tym obecnym?

Pan Roman: – W zabawie na pewno nie i w ludziach także nie. My tak samo byliśmy młodzi, przeżywaliśmy, patrzyliśmy na piękno, dobro i zło. Jeśli zaś chodzi o kulturę, to kiedyś chadzało się na dancingi, a dziś na dyskoteki. Inna jest procedura, dziś każdy tańczy osobno. Za moich czasów można było się schronić, utopić w duszy drugiego człowieka we wspólnym tańcu. Dawniej ludzie przesiadywali przez długi czas w jednym lokalu, dziś wciąż się przemieszczają uprawiając „clubbing”. Kiedyś był duży obrót gotówki, a nie miało się co za nią kupić, więc zostawiało się ją w lokalach.

Moje Powiśle: – Dostawał Pan wtedy większe napiwki?

Pan Roman: – Proszę mi wierzyć, że ja nigdy nie pracowałem dla napiwków, a jedynie dla swojego szczęścia, zadowolenia. Dla mnie największa wartość to brylant, jakim są ludzie. Ich oddzielne indywidualności, zmartwienia, radości. Szczególnie dziś przyczyny zmartwień są dla mnie ciekawe, ponieważ za komuny zmartwienia wszystkich były mniej więcej podobne. Kiedyś każdy pracował w wyuczonym zawodzie, a dziś losy Polaków po studiach są niespokojne, zmienne, niepewne.

Moje Powiśle: – Ponoć ma Pan fenomenalną pamięć do twarzy, porównywalną z umiejętnością Jana Pawła II.

Pan Roman: – Byłbym obłudny, gdybym twierdził, że pamiętam wszystkich, ale jest to 80 procent osób, które były u mnie co najmniej dwa razy. Przez rozmowę, fajność, kontakt.

Moje Powiśle: – Ale skąd czas na rozmowę, gdy wokół Pana tłum i rejwach wieczorny?

Pan Roman: – Praca barmana to zajęcie na zasadzie wzrokowej. Ja nawiązuję kontakt z tym, kto czeka przy barze na zamówienie, z gościem, który dopiero co wszedł a jeszcze kątem oka śledzę, co się dzieje na kuchni wśród załogi. Gdy serwuję napoje i czekam na podanie dań, nawiązuję pobieżny dialog i tak to wygląda z każdym, obracam się w tłumie wystających rąk i nawiązuje błyskawicznie serdeczne relacje. Klient musi mieć poczucie, że go dostrzegam i wychodzę do ich potrzeb.

Moje Powiśle: – Ale jako osoba w pracy musi Pan zachować jakiś dystans? Sam strój z muszką zobowiązuje chyba do jakiejś odrębności, wstrzemięźliwości?

Pan Roman: – Dystans zachowuję wtedy, gdy widzę, że druga osoba ma jakieś nieprawidłowe odruchy. Szczególnie, że w mojej pracy wchodzi w grę alkohol. A strój? Każdy zawód ma swój ubiór aby zachować społeczny szacunek dla jego reprezentantów. W ten sposób zachowujemy jakąś kulturę.

Moje Powiśle: – Mnie się wydaje, że współcześnie zanikają: powaga sytuacji, elegancja w zachowaniu i zaufanie zawodowe. Nikt już nie jest autorytetem i tego mi brakuje. No może strażak jest jeszcze jakimś wzorcem.

Pan Roman: – Ja Pani coś powiem. Rozwój umysłowy idzie tak szybko naprzód, że każdemu się wydaje, iż może być specjalistą w każdej dziedzinie. Jest jednocześnie lekarzem, hydraulikiem i doradcą, a przecież człowiek, który umie wszystko, ma depresję!  Lepiej, aby każdy wykonywał swój zawód, nieustannie się doskonaląc, a wtedy każdy będzie od drugiego wymagał tyle, co od siebie. I wróci poważanie społeczne.  Nie wystarczy skończyć studia, aby coś umieć, wielu z nas zżera pusta duma. Ja przez dziesięciolecia szkoliłem personel  i gdy ktoś przychodził do mojego lokalu pracować, nie liczyły się żadne dyplomy. Pytałem – ” Chcesz się nauczyć?  Zacznijmy od konkretów, na przykład od zmywania talerzy”.

Moje Powiśle: – Zdarzyło się Panu odmówić wydania klientowi alkoholu, gdy był naprawdę nietrzeźwy? To chyba taki globalny dylemat barmana – etyka czy finanse.

Pan Roman: – Gdy człowiek przychodzi do mnie po innych imprezach, będąc na ostatnim zakręcie „dobijania się” zawsze próbuję najpierw z nim pogadać, pójść na kompromis.  Prowadzę wtedy odpowiednio rozmowę, częstuję go darmową kawą i przegaduję czas, który dzieli go od wejścia do opuszczenia lokalu. A jeśli chodzi o pieniądze, to zadam Pani pytanie – kto do mnie prędzej wróci –  klient, który będzie następnego dnia pamiętał, że go potraktowałem jak przyjaciela, czy ten, kogo wygonię lub upiję do nieprzytomności?

Moje Powiśle: – Jest Pan żwawy na swój wiek, a stanie za barem to przecież wyczerpująca praca. Uprawia Pan jakiś sport?

Pan Roman: – Tak, przez wiele lat grałem w piłkę, trenowałem nawet dzieci w klubie. A oprócz tego nie daję się dopaść chorobie starczej, nigdy nie opuszcza mnie poczucie humoru. A propos tych dzieci – ja pracowałem z dziećmi z trudnych środowisk, rozbitych rodzin, ubogich domów. Przed każdym treningiem przywoziłem im wielkie pudło z kefirem i pączkami, aby ich odżywić trochę. W pewnym momencie zatraciłem się trochę w tym i żona musiała mi przypomnieć, że czas i troskę należy poświęcać głównie swojej rodzinie, więc trzeba swój altruizm i zacięcie społeczne trochę wyważyć. Poza tym w grę wchodziło brzemię odpowiedzialności- gdy przychodzi Pani do mnie z dzieckiem, powierza mi Pani swoją małą stokroć, a ja muszę uważać, aby jej nie naruszyć.

Moje Powiśle: – A jaka jest Pana historia zawodowa?

Pan Roman: – Zaczynałam od hoteli, byłem ambitny- awansowałem. Wpierw był Grand Hotel, potem praktyki w Bułgarii, potem rok 1975 i pierwszy pięciogwiazdkowy hotel w PRL – Forum. To był skarb komunistycznych czasów. Przyjeżdżali do niego obcokrajowcy i dzięki rozmowom przy barze można było ocenić to, co się rzeczywiście  działo w kraju.

Moje Powiśle: – Obsługiwał pan grube ryby systemu?

Pan Roman: – Robiliśmy bankiety dla Rady Ministrów, przyjęcia dyplomatyczne, delegacje. W czasach wielkiego zacofania polskiej gastronomii my byliśmy lokomotywą napędzająca rozwój. Ludzie przychodzili podziwiać co i jak serwowaliśmy. Aby serwować te dania, trzeba było mieć odpowiednie kwalifikacje. Wprowadzaliśmy  koktajle.

Moje Powiśle: – A wtedy piło się głównie wódkę.

Pan Roman: – Ludzie pili, bo mieli rozmaite przeżycia wojenne lub powojenne. Cieszyli się, że przeżyli, opłakiwali bliskich. Ale była wielka sztama wszystkich mieszkańców Warszawy – naturalne niesienie pomocy obcemu człowiekowi.  Każdy wsadził swój pot, swoją cegiełkę w odbudowę tego miasta, nie było zawziętości. Ludzie umieli się integrować, a dziś patrzymy na innych nieufnie. Kojarzy pani piosenkę „Na Bielanach co niedziela karuzela, karuzela”? To było upamiętnienie tamtych lat. Jako dziecko przyjeżdżałem z rodziną nad Wisłę czy do lasu na pikniki, gdzie ludzie się zapoznawali na miejscu i przykrywszy trawkę lichym obrusikiem dzielono się wszystkim – jajkiem, chlebem. Teraz to znikło.

Moje Powiśle: – Co było po Forum?

Pan Roman: – Moje idea, zaprezentowana panu Gesslerowi, czyli Zakąski Przekąski. Pracowałem tam na noce, bo moja mama chorowała na Alzheimera i przez siedem lat pielęgnowałem ją, sprawując opiekę w dzień. Idea tanich i dobrych przekąsek istniała już wcześniej, ponieważ prowadziliśmy z córką gastronomię na Stadionie Dziesięciolecia i wszystko, co można dziś zamówić z karty zostało wymyślone w poprzednim biznesie rodzinnym. Zresztą obie córki odziedziczyły po mnie charakter i pracowitość, bez nich nie dałbym rady tyle w życiu osiągnąć. To prawdziwe pociechy.

Moje Powiśle: – Jaka jest Pana zdaniem największa specialité de la maison w Przekąskach?

Pan Roman: – To może być coś spoza karty. Jeśli poprosi Pani o stek z cebulką, to kucharz przyrządzi Pani tego steka, jeśli zapyta Pani pracownika, co by pani coś polecił, również może Pani dostać miłą niespodziankę. My jesteśmy na życzenie klienta. A próbowała Pani naszych pierogów z mięsem?

Moje Powiśle: – Próbowałam parę dni temu. Bardzo dobre, trochę kwaśne.

Pan Roman: – Dlatego przyjeżdżają do nas nawet eurodeputowani. Bo ja jedzenie firmuję własnym nazwiskiem, a to zobowiązuje.

Moje Powiśle: – Najciekawsza osobowość, która do Pana przychodzi?

Pan Roman: – Ja wszystkich traktuję tak samo. Nie ma dla mnie osób mniej lub bardziej ciekawych, każdy jest wartościową indywidualnością. Nie patrzę na zawód, jakim się ima dana osoba, ani na grubość portfela. Znam polityków, dziennikarzy, lekarzy i ludzi niewykształconych, wszystkim poświęcam uwagę, patrzę prosto w oczy, wysłuchuję. Zresztą bar to takie miejsce, gdzie w zabawie wszyscy są równi, nie ma podziałów, nie widać od razu naszego wykształcenia ani dzielnicy, w której mieszkamy, tylko charakter. Dzięki temu łatwiej nawiązywać relacje. Nie uwierzyłaby Pani, ile par skojarzyłem przy moim barze prowadząc odpowiednio konwersację. Byłam nawet gościem na ich ślubach.

Moje Powiśle: – Cechy które musi mieć barman?

Pan Roman: – Wytrwałość i pozytywne myślenie. Za wytrwałość szczególnie cenię kolegów piłkarzy z rożnych krajów. Darzymy się wielką sympatią. Z Igorem Ordonem, trenerem Legii, mówimy sobie per „braciszku”. Przyjaźnię się z nimi bo, mają tego ducha sportowego, którego tak sobie cenię. To dążenie do doskonałości.

Moje Powiśle: – Teraz pytanie o kobiety. Przez 40 lat pracy wieczorową porą na pewno zdarzył się Panu podryw ze strony klientek?

Pan Roman: – Dobry barman czy kelner musi pamiętać, że ta ładna kobieta jest u niego konsumentką. Ona jest fajna, urodziwa, ma duszę, zadowolenie z życia, ja jej nie przeszkadzam. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że zawsze byłem człowiekiem na luzie, lubię żarty. Ale przygotowany mnie do życia z przekazem, że jeśli się kocha i decyduje na życie z jedną osobą, to trzeba przy niej trwać. Nie brudzę nigdy swojego ciała. Jeśli kobieta lub mężczyzna podejmuje ważną decyzję, jaką jest dzielenie z kimś życia, to szanuje to, co ma. Co za tym idzie- szanuje też te kobiety po drugiej stronie baru. Nie ma zabawy tak dobrej, aby się nie skończyła. Wszyscy wracają do domu traktując się po koleżeńsku i wtedy ta fajność trwa. Czasem się głowiłem, jak zrobić, aby nikt nie poczuł się gorszy, zraniony, bo te sprawy nie są proste. Mnie pobudza piękno, rozmowa. A barmanowi powie Pani nieraz tyle, co i nawet własnemu mężowi pani się nie odważy.

Moje Powiśle: – To tak jak fryzjer, on też wie wszystko o swoich klientach.

Pan Roman: – Z tą różnicą, że do fryzjera przychodzi pani trzeźwa i może w każdej chwili coś sprostować, a słowa  przy barze szeptane są prawdziwe.

Moje Powiśle: – Pana ulubiony alkohol?

Pan Roman: – Ja z procentami jestem na Ty. Ale piję alkohol w odpowiednim czasie i dobranym towarzystwie – jest to potrzebne do zdrowia. Człowiek jest jak tablica Mendelejewa, potrzebuje wszystkich pierwiastków aby zachować harmonię i zadowolenie z życia. Przecież piwo i wódki gatunkowe zostały wymyślone przez mnichów jako lekarstwo. Dziś ludzie traktują alkohol jako lekarstwo na stres. Zaklinam – nie pijmy przy stresie, ale w radosnym towarzystwie. Wydaje mi się, że kiedyś przedobrzyłem z alkoholem, teraz pijam okazyjnie i same dobre trunki. Czasem robię słynny „koktajl Romana”, czyli jakiś likier, dajmy na to – Kahlua, do tego rum i sok wieloowocowy. Dużo można by opowiadać o sztuce barmańskiej – tajniki koktajli, shorty, longi, silvery, goldy… Ale ja się nie chwalę swoimi umiejętnościami, nie lubię wychodzić przed szereg. Wie Pani, moje pięć minut kończy się na miejscu pracy. W miejscu pracy można nawet i umrzeć, pracując do końca. A ja chcę tyko być do końca fajny.

Moje Powiśle: Dziękuję za rozmowę, bardzo lubimy te Przekąski u Romana.

Anna Gierałtowska: Powiślańska Fundacja Społeczna

Anna Gierałtowska

Prezes Powiślańskiej Fundacji Społecznej

W latach 2007-2010 przewodnicząca Komisji Dialogu Społecznego ds. Przeciwdziałania Alkoholizmowi

Wiceprzewodnicząca Warszawskiej Rady Pożytku Publicznego pierwszej kadencji

Anna_Gieraltowska1

 

-Moje Powiśle: Czy Wasi pracownicy społeczni na Powiślu przypominają kuratorów?

Ania : Zdecydowanie nie. Zaletą naszej pracy jest niezależność od jakiejkolwiek instytucji publicznej, więc nasi podopieczni spostrzegają nas jako kogoś z poza systemu. Raczej jako doradców, przyjaciół. My jesteśmy po ich stronie a nie przeciwko nim, nie zabierzemy potrzebującym dzieci z domu ani pieniędzy tylko zaprosimy na Wigilię. Nie mamy nad nimi formalnej władzy, sami kontaktują się z nami za namową na przykład sądu lub szkoły. Muszą nam zaufać.

Moje Powiśle: Kim są Wasi podopieczni?

Ania: Rodziny, który mają poważne problemy życiowe. Można je podzielić na dwie grupy: biedne, z problemami alkoholowymi, bezrobocia oraz druga, prowadząca normalne życie zawodowe i społeczne ale borykająca się z problemami psychologicznymi w relacjach między członkami rodziny. Wiadomo, że pierwszej grupie nasi pracownicy poświęcają dużo więcej czasu, ponieważ muszą walczyć przede wszystkim z brakiem motywacji tych rodzin. Nie zrażamy się tym, że oni często nie otworzą drzwi, albo zapomną o spotkaniu.

Moje Powiśle: To trochę jak Świadkowie Jehowy?

Ania : Dokładnie tak! Rodziny często śmieją się, że kołaczemy do drzwi jak przedstawiciele tej wspólnoty religijnej.

Moje Powiśle: Dlaczego fundacja działa akurat na Powiślu? Przecież to jedna z bogatszych dzielnic. Nie widać tu zaniedbanych dzieci.

-Ania : Obraz Powiśla bardzo się zmienił. Fundacja została założona w 1989 roku przez zespół psychologów i pedagogów mieszkających w większości właśnie tutaj. To były takie czasy, w których po osiedlu włóczyły się bandy dzieci, które całymi dniami latały po podwórkach. Miały swoje stałe miejsce, tak zwany „Jordanek”  przy Rozbrat i Śniegockiej, tam kiedyś po zmroku nikt obcy nie miał wstępu, półświatek powiślański terroryzował okolicę a dzieciaki tworzyły para przestępcze gangi kradnące radia samochodowe. Tu było dużo rodzin ze starych kamienic o niskim standardzie życia, istniał tu półświatek przestępczy. Wszyscy mieli ksywy, jak w więzieniu.

Moje Powiśle: Wspominał o tym Dołęga-Mostowicz.

Ania: Tak, Prus także w „Lalce” wspominał o Powiślu zamieszkałym przez piaskarzy i prostytutki. Tu mieszkała przecież biedota. W okresie powojennym sprowadziła się tu inteligencja, więc mieliśmy mieszankę aktorów, dziennikarzy, profesorów i starego półświatka. Ja pracuję w fundacji od 1997 roku, od początku swego życia zawodowego. Nigdy nie zajmowałam się niczym innym.

Moje Powiśle: To niezwykłe. Musisz być bardzo dobrą osobą, skoro całe życie poświęcasz pomocy innym. To musi wpływać na twoje życie osobiste, nie da się chyba zostawiać takiej pracy o godzinie 17 i odcinać się psychicznie i emocjonalnie. Masz silnie rozwinięty altruizm?

Ania: To nie jest wszystko takie proste. Na pewno jak zaczynałam – jako studentka jeszcze, inaczej przeżywałam całą rzeczywistość związaną z pracą społeczną. Spędzałam z rodzinami wszystkie święta, Sylwestra, spalałam się próbując ratować sześciolatków, których rynsztokowe wiązanki wprawiały mnie w osłupienie, nie stawiałam granicy pomiędzy życiem swoim i podopiecznych. Potem, gdy dojrzałam, nauczyłam się odróżniać rzeczy, na które mam wpływ, od tych, które muszę czasem odpuścić. Dzięki temu uniknęłam wypalenia zawodowego. Nie stałam się święta wariatką, która wszystkim pomaga na siłę. Ja pochodzę z inteligenckiej rodziny i zetknięcie z takim światem było dla mnie kompletnym szokiem.

Moje Powiśle: Czym zajmują się Twoi rodzice?

Ania: Moja mama jest psychologiem, tak jak ja. Babcia była pedagogiem specjalnym, prowadziła szkołę specjalną, więc w moim domu jest wielopokoleniowa tradycja związana z praca społeczną, pedagogiczną. Poczucie odpowiedzialności społecznej i robienie czegoś dla innych ludzi. Tata mojego taty był co prawda inżynierem, ale prowadził świetlicę przy zakładzie przemysłowym. Jak widać –  nie mogłam  inaczej i  ku zaskoczeniu całej rodziny, tuż przed maturą zmieniłam  plany zawodowe z kierunków matematycznych  na psychologię.

Moje Powiśle:  Co konkretnie robisz w organizacji?

Ania: Przeszłam przez wszystkie szczeble tego zawodu, obecnie jako prezes ogarniam organizację, pisanie wniosków ale także współpracę z organami państwowymi i samorządowymi, sponsorami, oddziałuję na polityką społeczną. To dzięki naszej inicjatywie stworzono stanowisko asystenta rodzinnego.  Zatrudniam dwadzieścia parę osób. Takiej działalności nie da się prowadzić na umowę –zlecenie czy poprzez wolontariat. Życie innych osób to poważna sprawa i albo pracownik jest w stanie się zobowiązać, że na dwa, trzy lata wchodzi w relację z podopiecznymi, albo jest to działanie kompletnie pozbawione sensu. A żeby ten pracownik mógł czuć się pewnie, musi mieć umowę o pracę i godziwe wynagrodzenie. Działamy od dwudziestu paru lat i dzięki temu jesteśmy rozpoznawalni w środowisku. Między innymi dzięki nam zniknęły z Powiśla te bandy dzieci.

Moje Powiśle: Właśnie, co się z nimi stało?

Ania: Te dzieci wyrosły na innych ludzi niż ich rodzice. Nasi wychowankowie  – dwudziesto- trzydziestolatki są wykształcone, mają normalne prace, udane rodziny. Najważniejsze, że nie trafiły do Domów Dziecka i „poprawczaków”, bo to są najbardziej patologizujące dzieci instytucje. Oprócz tego, pewna część mieszkańców Powiśla została wysiedlana, dawni właściciele odzyskują kamienice i selekcjonują mieszkańców. Zmienia się styl życia rodzin z marginesu. Kiedyś rodzice pili w domu alkohol, a dzieci włóczyły się po ulicach. Dziś najmłodsi siedzą w domach. Nie oznacza to, że rodzice się nimi więcej zajmują- teraz spędzają czas przed telewizją bądź komputerem, nadal nikt z nimi nie odrabia lekcji, nie rozmawia, nie uczy pisać, czy dba w jakiś sposób. To jest dla nas pewna trudność, nie można ich spotkać na podwórku czy ulicy i zachęcić do chodzenia do naszych świetlic. Inną zmianą wśród dzieci jest zanik umiejętności społecznych, które dzieci nabywały właśnie spędzając dużo czasu na podwórku. Teraz zaniedbane dziecko może jest trochę bezpieczniejsze, ale za to bardzo izolowane społecznie. Zapraszamy je do świetlic, a one boją się grupy, relacji społecznych . Kiedyś w naturalny sposób zamieniały bandy uliczne na grupę świetlicową.

Moje Powiśle: Masz rację. Nawet nasze dzieci siedzą w domach, choć my w ich wieku łaziliśmy po parkach.

Ania: Tak. Dzięki popołudniowym relacjom towarzyskim nasze pokolenie wiedziało, że jeśli kopnie się kogoś na placu zabaw, to można kolokwialnie mówiąc, w odwecie „dostać w łeb”. Dziś dzieci tego nie wiedzą.

Moje Powiśle:  Czy charakter Twojej pracy wpływa na Twoje decyzje polityczne? Głosujesz na socjalistów, lewicę?

Ania: Nie. W naszym kraju brak jest jasnego podziału na tradycyjnie rozumianą lewicę i prawicę. Prawica ma wiele postulatów socjalnych, a lewica jest rozmyta w swoich założeniach społecznych. Głosuję na tych, którzy wydają mi się bardziej rozsądni – np. stworzą moim podopiecznym miejsca pracy czy zaoferują pomoc jako “wędkę, a nie rybę”. Współpracuję od początku drogi zawodowej z władzami samorządowymi i instytucjami rządowymi i spotkałam na swojej drodze osoby reprezentujące wszystkie opcje polityczne. Nie potrafię powiedzieć, który partia najlepiej działała na forum społecznym, każdy w tej sprawie ma swoje osiągnięcia i słabe strony.

Moje Powiśle: Najbardziej wzruszający lub tragiczny moment w pracy?

Ania: Mieliśmy niedawno pod opieką dziewięcioletnią dziewczynkę, Agnieszkę. Mama bardzo nieporadna, tata w więzieniu, raz była raz go nie było. Mała przychodziła do naszej świetlicy przez trzy lata. W pewnym momencie mama kompletnie się rozjechała i dziewczynka spędzała noce na ulicach ze starszymi koleżankami, nie docierała do szkoły, nie miała co jeść. Dawaliśmy jej jedzenie do domu dla całej rodziny.

Moje Powiśle: Żywicie też dzieci? Wystarcza wam środków na ten cel?

Ania: Szczerze mówiąc, jedzenia nigdy za dużo. Każda kromka chleba się przyda. Agnieszka zaczęła kraść i staczać się coraz bardziej, policja ją spisała kilka razy. Po trzech miesiącach, z potwornym bólem serca, musieliśmy we współpracy z kuratorem zdecydować o zabraniu jej do  Domu Dziecka. Po tych wszystkich latach pracy z Agnieszką i jej młodszą siostrą nie mogliśmy tak po prostu jej zostawić w trudnym momencie – w Domu Dziecka dzieci bardzo cierpią, brakuje im bliskich,  brakuje relacji emocjonalnych. Dzięki wytężonemu wysiłkowi całego zespołu znaleźliśmy rodzinę zastępczą, lecz z powodu „niedogadania się” urzędników z dwóch miejscowości nic z tego nie wyszło i znowu wróciły z siostrą do sierocińca! Odebraliśmy to jako osobisty dramat. Nie ustaliśmy jednak w staraniach, poruszyliśmy niebo i ziemię. Znaleźliśmy rodzinny dom dziecka i dziewczynki są tam od trzech lat, bardzo im to służy.

Moje Powiśle: A jeśli rodzic nagle przyjdzie i zadeklaruje, iż chce odebrać dziecko?

Ania: To tak nie działa. Opiekun musi wykazać, że przez dłuższy okres interesuje się dzieckiem, odwiedza go itp. Więc udało nam się uratować te dwie istotki. To była jedna z bardziej wzruszających chwil w moim życiu zawodowym.

Moje Powiśle: Oddam Wam 1 % podatku w przyszły roku. Może pomogę uratować mały odcinek świata.

Andrzej Czułowski Vintage Store

Andrzej jest postacią, którą ciężko przeoczyć na ulicy. Szczupły, wysportowany, w nonszalanckich, zagranicznych ciuchach i ciemnych okularach którymi dodaje sobie animuszu – jest wizytówką swojego Vintage Store. Rodowity Krakowianin, emigrował do Stanów jako maturzysta. W Stanach założył sklep z ciuchami vintage,  po powrocie do kraju kontynuował tę drogę-najpierw na ulicy Jana Pawła, następnie na Powiślu, gdzie w końcu również zamieszkał. Czasem słychać z dala głos Andrzeja, gdy rozemocjonowany niemal truchta ulicą Dobrą opowiadając jakąś anegdotkę słuchaczowi po drugiej stornie telefonu komórkowego.

Andrzej i Kasia w Vintage Store
Andrzej i Kasia w Vintage Store

mojepowisle.com: Andrzeju, jaka jest Twoja historia związana z Powiślem?

Andrzej : Było w tym dużo przypadku, znajoma osoba miała akurat mieszkanie do wynajęcia na ulicy Dynasy. Pochodzę z Krakowa i miałem sporo szczęścia, że nie znając miasta, trafiłem  akurat tu. To miejsce jest wyjątkowe. Od piętnastu lat obserwuję olbrzymie zmiany, które tu zachodzą. Pamiętam przecież jeszcze fabrykę cukierków „Syrena”, na rogu Drewnianej i Zajęczej. Podczas wieczornych spacerów pachniało tam czekoladą, miętą, landrynką… Moim największym marzeniem jest bycie właścicielem fabryki czekoladek, autentycznie! Niesamowite, magiczne miejsce, nie przeprowadziłbym się gdzie indziej.

mp: W takim razie skąd sklep z ciuchami vintage?

A: Tu także rządził przypadek. Właściwie pasja do ubrań zaczęła się już w dzieciństwie, ponieważ moja mama była krawcową. Widziałem, jak niesamowite rzeczy wychodzą spod jej ręki. Miała kolejki oczekujących klientek. Nauczyło mnie to zwracać uwagę na detal. Aby zobaczyć, czy rzecz jest wyjątkowa i solidna to patrzymy na wewnętrzne szwy: czy jest lamówka wokół tego szwu, czy są tylko przeszyte. Poznałem „duszę rzeczy” wywodzącą się właśnie ze szczegółów, których nie widać. A vintage dlatego, że każde z tych ubrań ma swoją historię i energię, której nie znam, ale ona przesiąka przez przedmiot. Ja je wskrzeszam.

mp: To czym się różnią Twoje sklepy od „ciucheksów”? Jakością?

A: Stanem. Kluczem doboru jest to, aby ubranie było mało zużyte. Nie ukrywam, że wybieram ciuchy z metką, dobrej jakości. Na przykład płaszcz Burberry, szyty w ten sam sposób od stu lat ma zawsze tą samą, doskonałą jakość.

Sklep Vintage Dobra 56/66 (BUW)
Sklep Vintage Dobra 56/66 (BUW)

mp: Macie z żoną sklepy w innych punktach, np. na ulicy Jan Pawła. Czy tam asortyment różni się czymś od tego, co sprzedajecie na Powiślu?

A: Nie, wszędzie sprzedajemy to samo, w internecie też. Pierwszym lokalem był ten na ulicy Jana Pawła. Jako pierwszy w Warszawie, a może całej Polsce, rozpocząłem osobistą selekcję ubrań second hand. Nasze osobiste zaangażowanie i trud pracy nad selekcją są moją wizytówką i sukcesem. My nie czerpiemy z tego wielkich kokosów, żyjemy jak wszyscy inni, ale kochamy to, co robimy. Łączy nas z Kasią pasja do ubrań.

mp: Ile czasu wyszukujecie każde ubranie? Ile godzin?

A: Żeby wybrać garstkę rzeczy za granicą potrzebny jest dzień lub dwa. Przeglądamy olbrzymią ilość ubrań, aby wybrać i przywieść do Polski kilka przedmiotów. Jesteśmy tak długo w biznesie, że mamy swoich stałych dostawców, w Anglii źródło metek brytyjskich, np. Burberry czy Barbour. W Holandii G-Star i jeansy, w Niemczech bluzy Adidasa z lat 70-tych i 80-tych.

Ubrania w Vintage Store
Ubrania w Vintage Store

mp: Jacy celebryci noszą Twoje ciuchy?

A: Złe pytanie. Nie jest to dla mnie żadną wytyczną. O wiele więcej ludzi bez wielkich nazwisk jest wrażliwych na piękno, które ja dostrzegam w swoich produktach. Wybieram pod kątem tego, czy nosiłbym daną rzecz, jako mężczyzna lub kobieta.

mp: Czy zdarza się, aby Twoje ciuchy pojawiały się na rewiach mody lub w teatrze?

A: Tak. Cały czas gdzieś występują w teatrach, np. w Białymstoku lub w Teatrze Wielkim. Dwa lata temu zainteresowała się naszymi ubraniami Patricia Field, stylistka filmu „Seks w wielkim mieście” czy „Diabeł ubiera się u Prady”. Robiła jeden show w Warszawie. Są zdjęcia, na których widać, że w każdym wyjściu była jakaś nasz rzecz! Później osobiście podziękowała Kasi. To naprawdę nie byle kto, lecz sama guru stylu.

mp: Słyszałam, że niektóre z tych ubrań trafiły nawet do brytyjskiej rodziny królewskiej…?

A: Hm! Nic mi o tym nie wiadomo, jeśli to prawda, to jadę do Londynu, haha. Prawdą jest, że środowisko tamtego dworu nosi tradycyjne płaszcze, kurtki Barbour na przykład na polowania. Więc mogło tak być. Byłoby mi bardzo miło… Mogę za to zdradzić, że sprzedaję rzeczy do bardzo egzotycznych miejsc, szkoły design na Hawajach, wytwórni filmowej na Sunset Beach czy ostatnio do Dagestanu.

mp: Coś ściemaniasz! Haha

A: Proszę o następne pytanie.

mp: Gdybyś miał wybrać strój dla mieszkańca Powiśla, to co to by był?

A: Nie da się określić konkretnego stylu naszej dzielnicy. Ludzie są młodzi: to głodne wszystkiego społeczeństwo yuppies i hipsterów. We wszystkich krajach vintage zawsze istniał i istnieć będzie. Ten styl nie polega na tym, aby się w niego odziać od stóp do głów, tylko aby wybrać jeden przedmiot, która cię urzeknie. To ten brakujący element ciebie.

mp: A powiedz, jak się znalazłeś w Stanach?

A: W 1984 chciałem wyjechać do brata, który tam już był. Zdecydowałem się uciec z kraju przez obóz dla przesiedleńców we Włoszech. Byłem tam pół roku i grałem w piłkę w drużynie III ligi Latino Scallo. Dwa tygodnie przed wylotem dostałem propozycję sprawdzenia się w Lazio Rzym, to jeden z lepszych klubów piłkarskich. Żałuję, że nie miałem okazji i nie dałem sobie szansy. Wspominam to jako bardzo miły czas. Poznałem Włochy, Rzym, włóczyłem się od rana do wieczora poznając małe uliczki i kościoły. Chyba to wszystko było zaplanowane gdzieś „odgórnie”.

mp: A propos. Podziwiałam niedawno Twoje zdjęcie z Janem Pawłem II. Stoisz, piękny młodzieniec z blond lokami, a Papież przekazuje Ci jakąś małą paczuszkę.

A: Każdy dostawał różaniec. Znalazłem się w tej grupie dzięki poznanemu na miejscu księdzu z Polski. Pomógł mi spełnić moje marzenie. Była to Wigilia i zarazem jedno z największych wydarzeń w moim życiu. Od Papieża biła niesamowita energia, empatia. Miało się poczucie, że on patrzy i widzi nas. Rozmawialiśmy o Krakowie.

mp: Jak się prowadziło sklep vintage w Stanach?

A: Prowadziłem mały lokal na East Village, gdzie było dużo artystów i pustostanów; ludzi, którzy nie mieścili się w snobistycznym świecie West Village. Pamiętam że miałem w sprzedaży wspaniałe buty Marlboro, na podeszwie Goodyear, całe granatowe, a druga część biała. Wysokie, do kolan, coś wspaniałego, co najmniej za dwieście dolarów. Nigdy nie widziałem czegoś takiego w sensie kunsztu, wykonania. To, co sprzedaję w Warszawie to bardziej „europejski towar”. W Stanach schodzi  styl western-koszule kowbojskie, Bell-bottoms, Wrangler, Lee…

mp: Widać, coś Ci z tego zostało, albowiem ubierasz się  w bardzo oryginalny sposób.

A: Dziękuję i dziękuję za rozmowę.

Sklep Vintage Store znajdziecie w podziemiach BUW.