Artur Wojtczak – zwycięska praca

Moje Powiśle to aspekt wielowymiarowy, to konglomerat barw, uczuć i miejsc oraz rzecz jasna ludzi. Mieszkanie na Powiślu odcisnęło nader głębokie piętno na moim życiu i ukształtowało mnie jako człowieka.

Powiśle było kiedyś dla mnie tylko teoretycznym pojęciem z warszawskich legend Or-Ota oraz ulubionej Lalki. Potem archetypem domu i punktem wyjściowym do swojego rozwoju. Cała dzielnica potrafi kształtować świadomość, poprzez miejsca, jakie w niej się znajdują. Czuły Barbarzyńca to ulubiona księgarnia, z której nie sposób nie wyjść z pustymi rękami, to długie chwile wertowania nowości książkowych, kupowania Moleskine’ów czy po prostu picia najlepszej czekolady w Warszawie (tak, Wedel przegrywa !). Ogrody BUW-u to z jednej strony wspomnienia dyskursu o nowej warszawskiej architekturze, arcyciekawe wywiady Marka Budzyńskiego, który tworząc ten projekt nie był świadomy, iż kreuje ikonę Warszawy. A z drugiej pamięć o tym, jak wdychając zapach kwiatów czytałem pierwszą powieść Zadie Smith czując zbliżającą się powiślańską wiosnę.

Powiśle to zieleń będąca scenografią do rowerowych wypraw, to spacery Karową i pierwsze nielegalne piwo nad Wisłą przypieczętowujące nową przyjaźń. I to wspomnienie otwarcia klubu Warszawa Powiśle, które okazało się być niespodziewaną fetą na kilka tysięcy ludzi. W wiele miesięcy później, spontaniczna impreza rave pod wodzą kolektywu Hungry Hungry Models tamże – mająca być ruchomym otwarciem artystycznej kamienicy 5-10-15 – staje się jednym z najpiękniejszych party w życiu: tłum uśmiechniętych ludzi, świetna muzyka i wizyta policji niczym z teledysku Daft Punk Revolution 909 ( Stop The music & go home !). To wspomnienie na całe życie. Powiśle pachnie też wersami z najlepszego warszawskiego hiphopu oraz ma dla mnie twarz międzywojnia: nigdy nie zapomnę fantastycznych wnętrz w siedzibie Stoenu podczas kwalifikacyjnej rozmowy o pracę ( na rogu Tamki i Wybrzeża Kościuszkowskiego ) oraz klatek schodowych na Smulikowskiego.

Mimo, że parę lat temu zmieniłem adres z powiślańskiego na żoliborski, to wszystkie te miejsca żyją we mnie wspomnieniami,a także aktualnymi wrażeniami, bo przecież jestem tu ciągle – nie tylko duchem. A moim drugim domem pozostaje tak czy inaczej najlepszy klub w Polsce: 1500m2 na Solcu. Polityka muzyczna tego bądź co bądź undergroundowego przedsięwzięcia zasługuje na wielki szacunek: propagowanie od lat ambitnej muzyki tanecznej oscylującej wokół house i techno jest absolutnym osiągnięciem na skalę krajową. I tak jak pisałem w swej relacji z imprezy z Jamie Jonesem:

Może właśnie taka – familijna i przyjacielska – atmosfera jest wyznacznikiem imprez na Solcu i przyczyną jego niekwestionowanego sukcesu? Czy jest to tylko klub czy może weekendowy dom dla wielu z nas ? W kolejce do toalety usłyszałem rozmowę 2 dziewczyn ze znamiennym zdaniem: Jest on, a potem długo, długo nic – czy mówiła o kimś bliskim, czy o klubie 1500m2, który zaoferował nam kolejną noc pozytywnych wrażeń z muzyką o doskonałej jakości ? Powtarzając za The Break Boys z roku ’91: MY HOUSE IS YOUR HOUSE AND YOUR HOUSE IS MINE. (za: http://musicis.pl/2012/04/14/jest-on-a-potem-dlugo-dlugo-nic-jamie-jones-w-warszawie/ )

I takim miejscem jest całe Powiśle: domem, miejscem otwartym, gdzie każdy znajdzie swoje miejsce.

Artur Wojtczak

Komentarze

komentarze