Anna Gierałtowska: Powiślańska Fundacja Społeczna

Anna Gierałtowska

Prezes Powiślańskiej Fundacji Społecznej

W latach 2007-2010 przewodnicząca Komisji Dialogu Społecznego ds. Przeciwdziałania Alkoholizmowi

Wiceprzewodnicząca Warszawskiej Rady Pożytku Publicznego pierwszej kadencji

Anna_Gieraltowska1

 

-Moje Powiśle: Czy Wasi pracownicy społeczni na Powiślu przypominają kuratorów?

Ania : Zdecydowanie nie. Zaletą naszej pracy jest niezależność od jakiejkolwiek instytucji publicznej, więc nasi podopieczni spostrzegają nas jako kogoś z poza systemu. Raczej jako doradców, przyjaciół. My jesteśmy po ich stronie a nie przeciwko nim, nie zabierzemy potrzebującym dzieci z domu ani pieniędzy tylko zaprosimy na Wigilię. Nie mamy nad nimi formalnej władzy, sami kontaktują się z nami za namową na przykład sądu lub szkoły. Muszą nam zaufać.

Moje Powiśle: Kim są Wasi podopieczni?

Ania: Rodziny, który mają poważne problemy życiowe. Można je podzielić na dwie grupy: biedne, z problemami alkoholowymi, bezrobocia oraz druga, prowadząca normalne życie zawodowe i społeczne ale borykająca się z problemami psychologicznymi w relacjach między członkami rodziny. Wiadomo, że pierwszej grupie nasi pracownicy poświęcają dużo więcej czasu, ponieważ muszą walczyć przede wszystkim z brakiem motywacji tych rodzin. Nie zrażamy się tym, że oni często nie otworzą drzwi, albo zapomną o spotkaniu.

Moje Powiśle: To trochę jak Świadkowie Jehowy?

Ania : Dokładnie tak! Rodziny często śmieją się, że kołaczemy do drzwi jak przedstawiciele tej wspólnoty religijnej.

Moje Powiśle: Dlaczego fundacja działa akurat na Powiślu? Przecież to jedna z bogatszych dzielnic. Nie widać tu zaniedbanych dzieci.

-Ania : Obraz Powiśla bardzo się zmienił. Fundacja została założona w 1989 roku przez zespół psychologów i pedagogów mieszkających w większości właśnie tutaj. To były takie czasy, w których po osiedlu włóczyły się bandy dzieci, które całymi dniami latały po podwórkach. Miały swoje stałe miejsce, tak zwany „Jordanek”  przy Rozbrat i Śniegockiej, tam kiedyś po zmroku nikt obcy nie miał wstępu, półświatek powiślański terroryzował okolicę a dzieciaki tworzyły para przestępcze gangi kradnące radia samochodowe. Tu było dużo rodzin ze starych kamienic o niskim standardzie życia, istniał tu półświatek przestępczy. Wszyscy mieli ksywy, jak w więzieniu.

Moje Powiśle: Wspominał o tym Dołęga-Mostowicz.

Ania: Tak, Prus także w „Lalce” wspominał o Powiślu zamieszkałym przez piaskarzy i prostytutki. Tu mieszkała przecież biedota. W okresie powojennym sprowadziła się tu inteligencja, więc mieliśmy mieszankę aktorów, dziennikarzy, profesorów i starego półświatka. Ja pracuję w fundacji od 1997 roku, od początku swego życia zawodowego. Nigdy nie zajmowałam się niczym innym.

Moje Powiśle: To niezwykłe. Musisz być bardzo dobrą osobą, skoro całe życie poświęcasz pomocy innym. To musi wpływać na twoje życie osobiste, nie da się chyba zostawiać takiej pracy o godzinie 17 i odcinać się psychicznie i emocjonalnie. Masz silnie rozwinięty altruizm?

Ania: To nie jest wszystko takie proste. Na pewno jak zaczynałam – jako studentka jeszcze, inaczej przeżywałam całą rzeczywistość związaną z pracą społeczną. Spędzałam z rodzinami wszystkie święta, Sylwestra, spalałam się próbując ratować sześciolatków, których rynsztokowe wiązanki wprawiały mnie w osłupienie, nie stawiałam granicy pomiędzy życiem swoim i podopiecznych. Potem, gdy dojrzałam, nauczyłam się odróżniać rzeczy, na które mam wpływ, od tych, które muszę czasem odpuścić. Dzięki temu uniknęłam wypalenia zawodowego. Nie stałam się święta wariatką, która wszystkim pomaga na siłę. Ja pochodzę z inteligenckiej rodziny i zetknięcie z takim światem było dla mnie kompletnym szokiem.

Moje Powiśle: Czym zajmują się Twoi rodzice?

Ania: Moja mama jest psychologiem, tak jak ja. Babcia była pedagogiem specjalnym, prowadziła szkołę specjalną, więc w moim domu jest wielopokoleniowa tradycja związana z praca społeczną, pedagogiczną. Poczucie odpowiedzialności społecznej i robienie czegoś dla innych ludzi. Tata mojego taty był co prawda inżynierem, ale prowadził świetlicę przy zakładzie przemysłowym. Jak widać –  nie mogłam  inaczej i  ku zaskoczeniu całej rodziny, tuż przed maturą zmieniłam  plany zawodowe z kierunków matematycznych  na psychologię.

Moje Powiśle:  Co konkretnie robisz w organizacji?

Ania: Przeszłam przez wszystkie szczeble tego zawodu, obecnie jako prezes ogarniam organizację, pisanie wniosków ale także współpracę z organami państwowymi i samorządowymi, sponsorami, oddziałuję na polityką społeczną. To dzięki naszej inicjatywie stworzono stanowisko asystenta rodzinnego.  Zatrudniam dwadzieścia parę osób. Takiej działalności nie da się prowadzić na umowę –zlecenie czy poprzez wolontariat. Życie innych osób to poważna sprawa i albo pracownik jest w stanie się zobowiązać, że na dwa, trzy lata wchodzi w relację z podopiecznymi, albo jest to działanie kompletnie pozbawione sensu. A żeby ten pracownik mógł czuć się pewnie, musi mieć umowę o pracę i godziwe wynagrodzenie. Działamy od dwudziestu paru lat i dzięki temu jesteśmy rozpoznawalni w środowisku. Między innymi dzięki nam zniknęły z Powiśla te bandy dzieci.

Moje Powiśle: Właśnie, co się z nimi stało?

Ania: Te dzieci wyrosły na innych ludzi niż ich rodzice. Nasi wychowankowie  – dwudziesto- trzydziestolatki są wykształcone, mają normalne prace, udane rodziny. Najważniejsze, że nie trafiły do Domów Dziecka i „poprawczaków”, bo to są najbardziej patologizujące dzieci instytucje. Oprócz tego, pewna część mieszkańców Powiśla została wysiedlana, dawni właściciele odzyskują kamienice i selekcjonują mieszkańców. Zmienia się styl życia rodzin z marginesu. Kiedyś rodzice pili w domu alkohol, a dzieci włóczyły się po ulicach. Dziś najmłodsi siedzą w domach. Nie oznacza to, że rodzice się nimi więcej zajmują- teraz spędzają czas przed telewizją bądź komputerem, nadal nikt z nimi nie odrabia lekcji, nie rozmawia, nie uczy pisać, czy dba w jakiś sposób. To jest dla nas pewna trudność, nie można ich spotkać na podwórku czy ulicy i zachęcić do chodzenia do naszych świetlic. Inną zmianą wśród dzieci jest zanik umiejętności społecznych, które dzieci nabywały właśnie spędzając dużo czasu na podwórku. Teraz zaniedbane dziecko może jest trochę bezpieczniejsze, ale za to bardzo izolowane społecznie. Zapraszamy je do świetlic, a one boją się grupy, relacji społecznych . Kiedyś w naturalny sposób zamieniały bandy uliczne na grupę świetlicową.

Moje Powiśle: Masz rację. Nawet nasze dzieci siedzą w domach, choć my w ich wieku łaziliśmy po parkach.

Ania: Tak. Dzięki popołudniowym relacjom towarzyskim nasze pokolenie wiedziało, że jeśli kopnie się kogoś na placu zabaw, to można kolokwialnie mówiąc, w odwecie „dostać w łeb”. Dziś dzieci tego nie wiedzą.

Moje Powiśle:  Czy charakter Twojej pracy wpływa na Twoje decyzje polityczne? Głosujesz na socjalistów, lewicę?

Ania: Nie. W naszym kraju brak jest jasnego podziału na tradycyjnie rozumianą lewicę i prawicę. Prawica ma wiele postulatów socjalnych, a lewica jest rozmyta w swoich założeniach społecznych. Głosuję na tych, którzy wydają mi się bardziej rozsądni – np. stworzą moim podopiecznym miejsca pracy czy zaoferują pomoc jako “wędkę, a nie rybę”. Współpracuję od początku drogi zawodowej z władzami samorządowymi i instytucjami rządowymi i spotkałam na swojej drodze osoby reprezentujące wszystkie opcje polityczne. Nie potrafię powiedzieć, który partia najlepiej działała na forum społecznym, każdy w tej sprawie ma swoje osiągnięcia i słabe strony.

Moje Powiśle: Najbardziej wzruszający lub tragiczny moment w pracy?

Ania: Mieliśmy niedawno pod opieką dziewięcioletnią dziewczynkę, Agnieszkę. Mama bardzo nieporadna, tata w więzieniu, raz była raz go nie było. Mała przychodziła do naszej świetlicy przez trzy lata. W pewnym momencie mama kompletnie się rozjechała i dziewczynka spędzała noce na ulicach ze starszymi koleżankami, nie docierała do szkoły, nie miała co jeść. Dawaliśmy jej jedzenie do domu dla całej rodziny.

Moje Powiśle: Żywicie też dzieci? Wystarcza wam środków na ten cel?

Ania: Szczerze mówiąc, jedzenia nigdy za dużo. Każda kromka chleba się przyda. Agnieszka zaczęła kraść i staczać się coraz bardziej, policja ją spisała kilka razy. Po trzech miesiącach, z potwornym bólem serca, musieliśmy we współpracy z kuratorem zdecydować o zabraniu jej do  Domu Dziecka. Po tych wszystkich latach pracy z Agnieszką i jej młodszą siostrą nie mogliśmy tak po prostu jej zostawić w trudnym momencie – w Domu Dziecka dzieci bardzo cierpią, brakuje im bliskich,  brakuje relacji emocjonalnych. Dzięki wytężonemu wysiłkowi całego zespołu znaleźliśmy rodzinę zastępczą, lecz z powodu „niedogadania się” urzędników z dwóch miejscowości nic z tego nie wyszło i znowu wróciły z siostrą do sierocińca! Odebraliśmy to jako osobisty dramat. Nie ustaliśmy jednak w staraniach, poruszyliśmy niebo i ziemię. Znaleźliśmy rodzinny dom dziecka i dziewczynki są tam od trzech lat, bardzo im to służy.

Moje Powiśle: A jeśli rodzic nagle przyjdzie i zadeklaruje, iż chce odebrać dziecko?

Ania: To tak nie działa. Opiekun musi wykazać, że przez dłuższy okres interesuje się dzieckiem, odwiedza go itp. Więc udało nam się uratować te dwie istotki. To była jedna z bardziej wzruszających chwil w moim życiu zawodowym.

Moje Powiśle: Oddam Wam 1 % podatku w przyszły roku. Może pomogę uratować mały odcinek świata.

Komentarze

komentarze