ulica Solec

Życie na przedwojennej ul. Solec
Życie na przedwojennej ul. Solec

Droga w miejscu obecnej ulicy Solec przebiegała już przed wiekami. Stanowiła gościniec łączący nizinę nadwiślańską, a przede wszystkim komorę solną i przeprawę na prawy brzeg Wisły, z gościńcem ujazdowskim wychodzącym ze śródmieścia Warszawy. Gościniec solecki, od Starej Warszawy przez Krakowskie Przedmieście, łagodnym parowem Tamki dochodził do brzegu Wisły i stamtąd w kierunku południowym łączył się z Czerniakowem. Wzdłuż niej powstała wieś Solec; bieg drogi miał kształt nieregularny i łukowaty, uwarunkowany linią brzegu Wisły. W związku ze zmianą koryta Wisły w 1409 roku wieś Solec została przeniesiona na inne miejsce. Powodzie często nawiedzały drogę i wieś, m.in. 1493 roku Solec został zniszczony. W 1656 roku po zniszczeniach szwedzkich na Solcu pozostały tylko 24 domy. Oprócz drewnianych domów mieszkalnych mieściły się przy nim składy, liczne magazyny oraz żupy solne.

magazyn solny
magazyn solny

Klasztor Trynitarzy i niewielki kościół w stylu barkowym wybudowano przy Solcu w latach 1688-1726. Od ulicy Tamki do ul. Ludnej Solec zbudowany był w połowie XVIII wieku, dalej na południe tylko po stronie zachodniej do ul. Wilanowskiej; druga strona biegła brzegiem Wisły. Przy ulicy rozciągały się liczne skwery. Również w XVIII wieku rodziły się powoli zaczątki dzielnicy przemysłowej; w połowie stulecia zwiększyła się liczba młynów i wytworni krochmalu. W drugiej połowie XVIII wieku zbudowano dwie posiadłości szlacheckich: pałacyk Szymanowicza (pod nr 2/932, obecnie 37 przy rogu ul. Zagórnej); w latach 1771-1772 na posesji niedaleko ul. Ludnej wybudowano pałac Kazimierza Poniatowskiego, posiadał okazały dziedziniec i przestronnymi oficynami.

Solec, rok 1785
Solec, rok 1785

Pierwszy park angielski i ogród użytkowy w Warszawie został założony właśnie tutaj. Aleksander Sapieha stał się właścicielem pałacu w latach 1783-1784. Na początku XIX wieku rozebrano główny korpus pałacy, skrzydła przetrwały do 1874 roku.  W 1784 roku przy Solcu można już było zliczyć 22 magazyny należące głównie do magnatów, 1 spichlerz, 6 browarów, żupa królewska, na rzece stały 2 młyny wodne, tzw. pływaki. Zabudowę mieszkalną stanowiły pałac, pałacyk, 7 domów murowanych oraz ponad pięćdziesiąt dworków i domów drewnianych. Pod koniec XVIII liczba obiektów na Solcu doszła do 120. Na przestrzeni ulic Solca i Okrąg stanęły obszerne magazyny solne. Dopiero na początku XX wieku wybrukowano ulicę, ale tylko na przestrzeni 300 metrów od ul. Tamka. W 1813 roku Wisła wylała, nastąpiła ogromna powódź która zniszczyła bruki i domy, zawalił się brzeg wiślany. Bulwar kamienny powstał w latach 1825-1830, wzdłuż Solca do ul. Bednarskiej. Rozbudowa dzielnicy przemysłowej rozpoczęła się 1817 roku. Powstało szereg wytwórni, fabryk, młynów, magazynów. Na posesji 24/2934a po 1840 roku urządzono rzeźnię, która przetrwała do ok. 1930. Zabudowa Solca w połowie XIX wieku składała się już z 43 kamienic, domów murowanych i drewnianych. Czynna była przystań z której przeprawiano się łodziami na Saską Kępę.

Ulica Solec przed wojną
Ulica Solec przed wojną

Bruk i kryty kanał ściekowy wybudowano w 1873 roku. W 1898 roku w związku z regulacje wybrzeża Wisły przedłużono ulicę. Przytułek św. Franciszka Salezego dla niezdolnych do pracy,  istniejący do dzisiaj powstał w 1897 roku. Ok. 1910 roku nad Solcem wybudowano wiadukt mostu poniatowskiego, a w latach trzydziestych – wiadukt kolejowej linii średnicowej. Linie tramwajową przeprowadzono przez ul. Solec od ul. Dobrej do ul. Ludnej już w 1918 roku. W latach 20 powstała na rogu ul. Solec i ul. Czerwonego Krzyża Kasa Chorych z oddziałami szpitalnymi. W 1937 roku ukończono rozbudowę szpitala w tym miejscu.

Solec róg Al. 2 maja
Solec róg Al. 2 maja

W latach okupacji Solec był widownią egzekucji hitlerowskich, m.in. na terenie domu 63 Niemcy rozstrzelali kilkudziesięciu więźniów Pawiaka (jest tam tablica pamiątkowa). Podczas powstania 1944 Solec był miejscem zaciekłych walk oddziałów Armii Krajowej i Armii Ludowej oraz desantu z Pragi 3 Dywizji Piechoty I Armii WP, która na Solcu utworzyła tzw. przyczółek czerniakowski. Zabudowa ulicy została w większości zniszczona, ocalały nieliczne domy w pobliżu Al.3 Maja. Po wojnie wzdłuż Solca, Czerniakowskiej i Rozbrat od Al.3 Maja na północy do ul.Przemysłowej na południu założono Centralny Park Kultury (obecnie Park marsz. E. Rydza-Śmigłego), a nad Wisłą położono płytę upamiętniającą miejsce desantu WP. Odbudowano pałacyk Symonowicza. Wyburzono znaczną część dawnej zabudowy, wznosząc nowoczesne bloki mieszkaniowe, wśród nich wiele wysokościowców.

ul. Solec, budowa linii średnicowej
ul. Solec, budowa linii średnicowej

Do końca lat 90 Solec cieszył się nie najlepszą sławą. Aktualnie na ulicy Solec od rana do późnego wieczora tętni życie. Kolorowe wystawy, zapach pieczonego chleba czy kawy przyciąga klientów nie tylko Powiśla. Szereg punktów usługowych takich jak salony fryzjerskie, pralnia, restauracje, szkoła tańca zachęcają do skorzystania i pozostania z nimi na dłużej.

Bibliografia:

1. Ulice i place Warszawy – Eugeniusz Szwankowski

2. Ulice Solca – Ryszard Żelichowski

1000 fanów na facebook. Dziękujemy!

1000 fanów na facebook

Naszą działalność rozpoczęliśmy formalnie od 1 kwietnia 2013. Wtedy też pojawił się pierwszy post w serwisie facebook. 7 stycznia 2014 po 2 w nocy przekroczyliśmy liczbę 1000 fanów. Z tej okazji przygotowaliśmy dla Was mały filmik – dziękując za to, że jesteście z nami. Film poniżej:

Jak widzicie z Pasji powstają fajne i prawdziwe rzeczy. Dziękujemy za to, że, przez swoją obecność, podsycacie naszą!

Felieton gościnny: Powiśle, brzozowa i PRL

Uważnym czytelnikom tego artykułu już na wstępie wyjaśniam, że użyta w tytule fraza – „brzozowa” nie odnosi się do pięknej ulicy Brzozowej, która znajduje się na Starym Mieście, ale do wody brzozowej (dlatego użyłem małej litery), której powinno się używać do wzmocnienia włosów, a która to woda już zawsze będzie kojarzyła mi się z Powiślem. Ale o tym niżej.

Mój związek z Powiślem

Od urodzenia do dziesiątego roku życia mieszkałem na Nowym Świecie, czyli ulicy, która wraz z Krakowskim Przedmieściem stanowiła granicę między Śródmieściem, a Powiślem. Gdyby nie to, że na ulicy Bednarskiej mieszkał wówczas mój wujek, to moją znajomość Powiśla można by umiejscowić gdzieś koło zera. Sytuacja się zmieniła, gdy około roku 1970 podjąłem pracę w Przedsiębiorstwie Upowszechniania Prasy i Książki „Ruch”, czyli w firmie, która była właścicielem większości, o ile nie wszystkich, kiosków w Warszawie. Zostałem sprzedawcą rejonowym. Nigdy nie mogłem zrozumieć sensu tej nazwy, ponieważ moja praca polegała na pobieraniu różnych towarów z magazynu i dostarczaniu ich do kiosków, czyli była to najzwyklejsza praca konwojenta. Być może tytuł sprzedawcy rejonowego wziął się stąd, że w kioskach pracowali sprzedawcy, a więc usiłowano zachować jedność firmowej nomenklatury.

Jako sprzedawca rejonowy stanowiłem część załogi, na którą składał się samochód marki Star, jego kierowca Zygmunt oraz Michał i ja, którzy byliśmy tymi właściwymi sprzedawcami rejonowymi. Nasz rejon tworzyły dwa podrejony, które obsługiwaliśmy w inne dni tygodnia. Podrejon pierwszy to były kioski usytuowane wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia i w ulicach pobocznych, czyli Traugutta, Podwala lub Piwnej oraz z podrejonu drugiego, czyli wszystkich punktów usytuowanych na Powiślu. Ci, którzy pamiętają te czasy, wiedzą, że wówczas kioski były takim minimarketami, w których oprócz prasy i papierosów można było kupić prawie wszystko, co oferował ówczesny rynek. Papierosy i prasę woziło się osobno, natomiast w środy i soboty (sobota była wówczas dniem pracy) woziliśmy tak zwaną pozaprasówkę, czyli wszelkie pozostałe artykuły. Asortyment towarowy często się zmieniał, ale woda brzozowa, której podstawowym składnikiem był alkohol, była na pace samochodu zawsze.

Woda brzozowa

Pakowana była w kartonach po 20 sztuk, a z etykiety można było wyczytać, że bardzo pomaga na wzmocnienie włosów. Odpowiednio skonstruowana butelka nie pozwalała na zwykłe wylanie wody na głowę. Specjalny dzióbek z bardzo małym otworem sprawiał, że wodę należało niejako wytrząsnąć z butelki. Dzięki temu głowa powinna być skropiona, a nie polana. Całą czynność należało, według instrukcji, zakończyć wmasowaniem preparatu w skórę głowy. Szybko zauważyłem wyraźne dysproporcje w dystrybucji wody. O ile w środę  (Krakowskie Przedmieście) pobieraliśmy z magazynu dwa kartony, to już w sobotę (Powiśle) było ich dziesięć. Te proporcje, czyli mniej więcej jeden do pięciu utrzymywały się stale, choć ilość punktów w obu podrejonach była równa. Trudno było mi to racjonalnie wyjaśnić, gdyż wydawałoby się, że rejon Traktu Królewskiego powinno zamieszkiwać zdecydowanie więcej elegantów dbających o włosy.

Woda Brzozowa

Zagadka wyjaśniła się sama. Któregoś dnia zdawałem towar w kiosku znajdującym się wówczas w bloku w okolicach Tamki. Pod kioskiem, czyli na dworze, stało dwóch normalnie wyglądających panów. Mieliśmy taki zwyczaj, że najpierw przynosiliśmy do punktu rzeczy cięższe, zapakowane w kartonach, czyli właśnie wodę brzozową, różne proszki i płyny do prania, a na końcu kosz z pozostałymi drobiazgami. Jeden z nas zostawał i przekazywał zawartość kosza, podczas gdy pozostali dwaj szykowali towar do następnego punktu. Gdy na końcu donieśliśmy kosz sprzedawczyni już otworzyła jeden z kartonów z wodą brzozową i sprzedała dwie butelki wspomnianym panom, którzy wyraźnie na nas czekali. Później akcja potoczyła się bardzo szybko. Pierwszy z panów wyjął z kieszeni scyzoryk i jednym wprawnym uderzeniem utrącił dzióbek, który blokował swobodny wypływ wody z butelki. Następnie uczynił to samo z drugą buteleczką. Obaj panowie, w ogóle nie krepując się moją obecnością, na miejscu wypili do dna zawartość obu, nie takich wcale małych, flakoników. Nie mogłem wyjść ze zdumienia i chyba nieco natrętnie się im przyglądałem, gdyż panowie wkrótce się oddalili, ale przedtem wyrzucili puste opakowania do pobliskiego kosza. Do teraz jednak pamiętam, iż obydwaj włosy mieli bez zarzutu.

                                                                                                                                                                                                                                 Wojciech Skalski

Od redakcji: Wojciech Skalski jest autorem bloga Dziennik WRS

Biegam na Powiślu

Głupi pomysł Dawida

Będę biegał – takie postanowienie miałem na 2012 rok. To znaczy wrócę do biegania, bo kiedyś już biegałem. W liceum całkiem nieźle, ale to było w poprzednim tysiącleciu. Także, we wrześniu 2012 kupiłem sobie buty, ale musiały trochę poczekać na lepsze dni. Leżały prawie rok w szafie. Za namową Dawida zapisałem się na początku września na Biegnij Warszawo – bieg na 10 km będzie miał miejsce 6 października 2013. Pomyślałem sobie, że nie mogę dać plamy, tym bardziej że będę reprezentował barwy www.mojepowisle.com, poza tym żona będzie patrzeć.

Realizacja

No i wciągnąłem się, przez ostatnie 3 tygodnie przebiegłem więcej niż przez ostatnie 6 lat. Oczywiście biegam na Powiślu – chyba najlepszym miejscu na świecie do biegania. Data 29 września 2013 przeszła do historii – po raz pierwszy przebiegłem 10 km w czasie 1:02:53. Wiem, szału nie ma, ale dla mnie to jak wejść na Mont Everest. Z zawiązanymi oczami. W zimie. Tyłem.

Po tym biegu mam dwie konkluzje:

1. Bieg na pięć km i na dziesięć km niczym się nie różnią od siebie. Jak zapanujesz nad oddechem to robienie kolejnych kroków jest tak oczywiste, że biegniesz dalej. Pierwsze pięć jest kluczowe żeby myśleć o drugich pięciu.

2. Powiśle i Warszawa bardzo pomagają w biegu, o szczegółach niżej.

Biegam na Powiślu

No dobra – szczegóły tego epokowego wydarzenia. Zacząłem, tradycyjnie, przy szkole na Kruczkowskiego – trochę za szybko jak zawsze na starcie. Biegłem w stronę Czerwonego Krzyża – do kamienicy pod dwoma adresami. Potem przy szpitalu i pod mostem średnicowym – tam dopadły mnie zapachy z kuchni szpitalnej albo z naszego zagłębia klubowego. Niezbyt to pomogło, jeść mi się chce chyba. Dalej pobiegłem za osiedlem Patria, przez Park Janiny Porazińskiej, między blokami do Ludnej. Wbiegając na Czerniakowską miałem już pierwszy kilometr na liczniku – zero zmęczenia. Potem rzut oka na pomnik Sapera i w drugą stronę na schody. Super miejsce, mogłoby być tylko lepiej oświetlone.

Z Czerniakowskiej przy kościele skręcam w Górnośląską i już drugi kilometr leci. Chodnik trochę krzywy. Potem skręcam w Rozbrat, jakimś cudem unikam kolizji z rowerzystą – był równie przerażony jak ja. W R20 jakiś rodzinny obiad – patrzą na mnie jak na zjawę – ulice puste prawie, poza rowerzystą – niedoszłym mym zabójcą. Przebiegam pod trasą Łazienkowską i wbiegam na Myśliwiecką – po jednej stronie Trójka, po drugiej tereny Legii. Jest moc – nie ma nikogo a ja sobie patrzę na Zamek Ujazdowski – szkoda, że nie jest oświetlony, robił by lepsze wrażenie.

Biegnę w stronę Łazienek – zamknięte już o tej porze. Ambasada Indii ładnie rośnie – niedawno krzaki były tylko a teraz już dwa piętra. Skręcam w Agrykolę – trzeci kilometr za mną. Czuję się świetnie, nie ma nikogo, palą się tylko latarnie gazowe – trochę mrocznie. Mam wyobrażenie, że jestem w XIX wieku, mijam króla Sobieskiego z Turkami pod kopytami a po lewej stronie piękny widok na Pałac na Wodzie. Nawet nie myślę o tym aby podbiegać pod Agrykolę – to że biegam po nocy nie znaczy, że jestem wariatem. Skręcam w aleję prowadzącą do Placu Zabaw, nikogo a szkoda bo jest co oglądać – biegnę wzorowo, a poza tym park z jasnymi latarniami prezentuje się niesamowicie.

Pierwotny plan – wracam do domu – zmieniam na – biegnę pod górę. Ścieżką w parku wzdłuż Myśliwieckiej wspinam się pod górę – nie jest łatwo. Na wysokości ulicy Profesorskiej łapię czwarty kilometr. Ciągle pod górę – ale jakby lżej. Wbiegam na Piękną, ambasada Francji, Kanady i skręcam w Aleje Ujazdowskie. Na placu Trzech Krzyży więcej ludzi, mijam też pierwszego dziś biegacza, tradycyjne pozdrowienie i sił zdecydowanie więcej.

Nawet nie zauważyłem a to już piąty kilometr, przy Instytucie Głuchoniemych. Na Książęcej łapią mnie światła – dwa kółka zanim zmienia się na zielone. Nowy Świat trochę ludzi siedzi w knajpach, ogródki już w większości zwinięte – zimno już jak cholera a jednak im chce się siedzieć i patrzeć jak biegnę.

Nowy Świat nocą
Nowy Świat nocą

Słyszę jak Pani “Grażyna Endomondo” mówi do mnie, że już szósty kilometr. Świętokrzyska rozkopana w stronę Tamki – w sumie w obie strony rozkopana. Planowałem zbiec w dół, ale to już sześć kilometrów – może dam radę przebiec dychę? – przeszło mi przez głowę pierwszy raz tego wieczora.

Krakowskie Przedmieście nie jest zalane słońcem tylko turystami. Dość dużo ich jak na tą godzinę – i dobrze. Myślę sobie – jeszcze żeby tylko na Powiśle zeszli. Ja zaraz tam dotrę – wybrałem sobie Karową, bo lubię wiadukt i poza tym zawsze to spadek rozłożony w czasie. Bristol pięknie oświetlony, całe Krakowskie robi super wrażenie, ale wiadukt Markiewicza to europejski obiekt – aż się chce robić te kółka. Ktoś akurat robi zdjęcia Syrenki, biegnę, nie przeszkadzam. I już siedem na liczniku. Szybkie przeliczenie trasy i wybieram kierunek na Mariensztat – cel już mam w głowie – dziesięć kilometrów.

Dzwoni moje wsparcie: Magda – tak kochanie, biegnę dychę! – ledwo dyszę – uważaj na siebie – słyszę w odpowiedzi. No pewnie, że będę ale najpierw muszę dobiec. Kawałek Furmańską, potem Bednarska i skręcam w Dobrą. Biegnę w stronę BUW – jest już osiem kilometrów. Przy BUW uświadamiam sobie dopiero, że znów biegam na Powiślu! Już wyjaśniam dlaczego Powiśle pomaga: biegniesz i widzisz fajne miejsca, które znasz lub chcesz poznać, nic tylko biec i się rozglądać i cieszyć się tym wyjątkowym miejscem w którym mam szczęście żyć. BUW pięknie oświetlony, biegnę zobaczyć jak wygląda Centrum Nauki Kopernik. Też ładnie, ale szału nie ma od strony Wybrzeża Kościuszkowskiego. Obiegam mur elektrowni, rzut oka na most Świętokrzyski – stoi jak stał. Skręcam w Zajęczą i znowu w Dobrą. Już dziewiąty kilometr.

Mijam pocztę, Alchemicusa, WarsandSawa, Rowery Bajery i dobiegam do Solca. Skręcam w Solec w stronę Tamki i marzę żeby się nie przewrócić, czuję, że prąd mi się kończy pomału. Mięsny, fryzjer, po drugiej stronie pralnia, Mr. Pancake, księgarnia, fryzjer i już widzę warzywniaczek. Jeszcze 350 metrów do dychy. Nie dam rady chyba – kolejna chwila zwątpienia dziś, mijam Heritage, Piekarnia Lubaszka i wbiegam na Tamkę. Czy pisałem już, że Powiśle pomaga?

Tamka nocą - piękna nagroda na koniec biegu
Tamka nocą – piękna nagroda na koniec biegu

Na przystanku parę osób, ktoś macha do mnie no i ten widok. Pałac Ostrogskich w pełnej krasie – dodatkowe siły na ostatnie metry. Dziesiąty kilometr mijam mniej więcej w miejscu z którego zacząłem. Jeśli ktoś przełamał kiedyś swoją słabość to wie o czym mówię: ogromna euforia, niesamowita moc i przekonanie, że kolejnych dziesięć już będzie łatwiejsze. Jestem Panem Świata! Powiśle kocham Cię! Gęba mi się cieszy, pomimo, że padam na nią.

Podsumowanie

Gorąco polecam tą trasę – trzeba się pomęczyć na podbiegu, zobaczyć co w mieście słychać i obiec Powiśle w koło. Zachęcam generalnie do biegania – 90% sukcesu to głowa i stała walka ze swoją psychiką. Stawianie sobie małych celów i ubieranie ich w duże. Do zobaczenia na trasie.

Ps. Jeśli chcecie dopingować Monikę, Dawida i mnie podczas biegu na 10 km to zapraszamy 6 października od 12:00 na trasę biegu Biegnij Warszawo. Trasę biegu znajdziecie poniżej.

Trasa biegu Biegnij Warszawo 2013
Trasa biegu Biegnij Warszawo 2013

Pani Barbara z Dobrej

W 69 rocznicę powstania byliśmy na wystawie, gdzie poznaliśmy Barbarę Górską. Pani Barbara z Dobrej 22/24 zgodziła się z nami porozmawiać i opowiedziała nam część swojej historii.

Pani Barbara z Dobrej 22/24 na podwórku
Pani Barbara z Dobrej 22/24 na podwórku

Kiedy się Pani urodziła?

Urodziłam się w Sosnowcu w 1928 roku. Imię dostałam oczywiście od patronki górników, tata chciał dać mi na imię Jadwiga ale ksiądz powiedział, że musi być Barbara. Dzieciństwo wspominam znakomicie, miałam dzieciństwo jak książątko, a nawet lepiej bo książątko ma obowiązki a ja nie miałam. Jestem jedynaczką, ale rodzinny dom pełen był ciotecznego rodzeństwa. Były dwie Basie i dwie Krysie, jakby w kalendarzu nie było innych imion (śmiech). Rodziców wspominam jako wzorową parę, bardzo mnie i siebie kochających. Wojna przerwała ten błogi stan. Tata trafił do obozu, wrócił potem strasznie zmieniony – był postawnym mężczyzną a jak wrócił to ważył 43 kg. Sosnowiec jako miasto został wchłonięty do III Rzeszy, na ulicach dominował kolor czerwony od flag niemieckich.  Mama podjęła decyzję o przenosinach do Warszawy w 1940 roku.

I trafiła Pani na Powiśle?

Tak się złożyło. Rodzina mojej mamy miała nieduże mieszkanie na Salezego – dwa pokoje, nieduży hol. W tych dwóch pokojach mieszkaliśmy w 14 osób a jeden pokój był wyłączony z uwagi na małe dziecko które się urodziło w tym czasie. Tak się wtedy żyło. Niedługo potem przeprowadziliśmy się na róg Marszałkowskiej i Złotej – teraz tam Pałac Kultury i plac Defilad. I tam do Powstania mieszkaliśmy.

I co z tym Powstaniem?

Co z Powstaniem?, do AK wstąpiłam w 1943 roku, powstanie beze mnie by się nie odbyło (śmiech). Dla mnie Powstanie zaczęło się 27 lipca 1944 roku. Należałam do zgrupowania Golski, zgrupowaliśmy się na ulicy Piusa (obecnie Piękna). Niestety była wpadka – nakryli nas Niemcy, jeden z chłopaków stojących na warcie zginął. Niemcy zaskoczyli nas podczas ćwiczeń, broń była rozłożona, granaty i broń w jednym miejscu, nasze dokumenty na stole w drugim miejscu. Niemcy rzucili granat na podwórze i traf chciał, że trafił on w nasz skład co spowodowało ogromy wybuch. Niemcy osłupieli i wtedy nam się udało uciec do klatki schodowej i tamtędy do piwnic. Wtedy Warszawa była cała połączona pod ziemią – ściany piwnic były poprzebijane. Dziewczyny uciekały tymi piwnicami a chłopcy dachami. Udało nam się uciec na Wilczą. Tam była taka fajna dozorczyni, my byłyśmy do ludzi niepodobne, całe usmolone i brudne, pozwoliła nam się umyć, tylko prosiła żeby szybko bo ma syna i się boi o niego. Wróciłam do domu ale musiałam uciekać bo nie wiedzieliśmy co z moimi dokumentami, czy po tym ataku nie dostały się w ręce niemców. 

A gdzie pani była w momencie wybuchu Powstania?

Powstanie zastało mnie na Żelaznej. Jako Zgrupowanie mieliśmy za zadanie zająć między innymi teren Politechniki Warszwskiej, więc po drugiej stronie Alei – to było ciężkie. Trzeba było parę godzin czekać na możliwość przejścia. Jedyne przejście było na wysokości Kruczej. 

Przejście przez aleje Jerozolimskie przy Kruczek - ostatnie dni Powstania
Przejście przez aleje Jerozolimskie przy Kruczek – ostatnie dni Powstania

W momencie wybuchu miałą Pani 16 lat, co na to mama?

No mama się nie zgadzała, ale musiała się zgodzić. Mój tata też dodał sobie dwa lata żeby móc wstąpić do legionów więc można powiedzieć, że to u nas rodzinne. Mama zresztą też brała udział w Powstaniu, pracowała w fabryce granatów – w parku saperskim przy Komendzie Głównej. Saperzy przynosili niewybuchy, wydobywało się trotyl i robiło się granaty.

Jak wyglądało Powstanie Pani oczami?

Byłam łączniczką, donosiłam granaty do wyznaczonych miejsc. Stałam czasem na warcie jako kurier, wraz z żołnierzem, który miał broń. Noszenie granatów było trudnym zadaniem. Można było się zgubić i wpaść w ręce niemców. Przechodziło się piwnicami, ciężko było się połapać – cała Warszawa zeszła wtedy do piwnic, pytaliśmy więc ludzi jaka to ulica i jaki numer domu. Do końca byłam w Śródmieściu, wyszłam z wojskiem do transportu do obozu. Udało nam się uciec z transportu w okolicach Milanówka. Stamtąd trafiłam do Częstochowy gdzie zatrzymałam się u rodziny. Tam zastało mnie wyzwolenie.

Gdzie żyła Pani później?

Z Częstochowy przeniosłyśmy się z mamą do Gdyni. Gdynia mi się bardzo podobała. Kocham morze – często jeździłam tam z rodzicami. W sumie to najpierw umiałam pływać a potem chodzić dopiero. Wspaniale wspominam Gdynię. Mama prowadziła tam skład budowlany. Trudny kawałek chleba dla kobiety ale mama dawała radę sobie świetnie. Z różnych powodów musiała jednak zakończyć te działania. Jak wyprowadzałam się z Gdyni to płakałam strasznie – naprawdę kocham morze. Przeniosłyśmy się do Milanówka do części starej pięknej willi. Pamiętam był tam przedpokój wytapetowany jakąś brzydką tapetą i jak zrywaliśmy ją to pod nią były stare gazety powstańcze z 1863 roku. Także zamiast zajmować się remontem to czytałam te gazety.

Przepraszam za niedyskretne pytanie ale czy pojawił się jakiś mąż?

Tak, podobno byłam ładna dziewczyna więc pojawił się. Już w Gdyni – nie był marynarzem ale też pływał. Uważam, że wszystkiego trzeba w życiu spróbować (śmiech), także spróbowałam ale to nie dla mnie. Rozstaliśmy się w zgodzie i teraz jak czasem odwiedza Warszawę to spotykamy się i rozmawiamy.

Kiedy wróciła Pani do Warszawy?

W 1961 roku. Długo szukałyśmy z mamą mieszkania, znalazłyśmy na Powiślu. Pani która je sprzedawała przeprowadzała się do męża powiedziała nam, że to dobre mieszkanie i będzie nam się dobrze mieszkać. Miała rację. Powiśle wtedy było puste. Nie było zabudowań wzdłuż wielu ulic. Na Dobrej domy były pokiereszowane ale stały.

Jakie jest to Pani Powiśle?

Urocze. Teraz to dzielnica ludzi starych. Mieszkańcy się stąd nie wynoszą, mieszkają tutaj latami. Bardzo ciepłe miejsce, dobrze się tutaj mieszka. Te nowe osiedla to tylko sypialnie bez charakteru. Tutaj na Dobrej za pocztą była do niedawna taka ruina, mieszkali tam miejscowi menele. Jak kiedyś złamałam rękę i miałam na temblaku to odprowadzali mnie z zakupami do bramy i pomagali wejść. Nawet z menelami się dogadywałam (śmiech). Ludzie tutaj znają się dobrze i sobie pomagają.

A czym się Pani zajmowała zawodowo?

Po przeprowadzce do Warszawy pracowałam w Locie, to była ciekawa praca, z ludźmi, a ludzie zawsze są ciekawi. Wystawiałam potwierdzenia opłacenia dolarami podróży. Nie działo się jednak w tym miejscu najlepiej i rzuciłam tą pracę. Znajomy mamy załatwił mi pracę w drukarni koło Senatorskiej – to była zwykła obrzydliwa praca biurowa. Nie lubiłam jej bardzo. Takie były czasy, że każdy musiał pracować i robiło się masę niepotrzebnych rzeczy. Wspominam taką panią, partyjna co prawda ale bardzo porządna. Mówiła do mnie – “Pani Basiu, pani nie czyta tych głupot (dokumenty), nikomu to niepotrzebne jest przecież”. Do dyrektora kiedyś wypaliła, żeby ją pocałował w cztery litery i głowy nie zawracał. Porządna była (śmiech).  Najbardziej z tej pracy lubiłam trasę do niej. Bardzo często chodziłam na piechotę – albo Krakowskim Przedmieściem i Tamką albo moją ulubioną trasą: Topiel, Browarną do Karowej lub Bednarskiej. Na Karowej jest moje ulubione miejsce na Powiślu – wiadukt. Wygląda przepięknie, zwłaszcza wiosną kiedy pojawiają się liście na drzewach.

Jak teraz Pani spędza czas?

Od dawna jestem na emeryturze. Kiedyś miałam psa, przez niego poznałam wielu okolicznych psiarzy. Uwielbiam spacerować, teraz szczególnie do ogrodów Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Lubię też chodzić nad Wisłę, ale przez to metro nie można się dostać tam. Szkoda bo bardzo lubię wodę. Często też spotykam się z siostrą cioteczną – Krysią, która mieszka na Mokotowie. Czasem oglądam telewizję ale ogłupia to więc wolę radio. Mam ulubioną audycję w programie 1 polskiego radia. Prowadzi ją Kazimierz Kowalski, wybudzam się o 12 i słucham do 3 w nocy.

Pani Barbara (po prawej) z siostrą cioteczną Krystyną
Pani Barbara (po prawej) z siostrą cioteczną Krystyną

Budzi się Pani specjalnie na tą audycję?

No tak, wcześnie chodzę spać. Mój zegar biologiczny zawsze budzi mnie o 5 rano, ale z niedzieli na poniedziałek nastawiam sobie budzik na 12 i budzę się. Lubię tą audycję, są tam co dwa, trzy tygodnie konkursy i dawna muzyka, czasem operowa. Nie lubię nowoczesności, nie rozumiem tej nowej muzyki, lubię starą, nowa mnie denerwuje.

Z Panią Barbarą z Dobrej rozmawialiśmy prawie dwie godziny, świetnie spędziliśmy czas. Pani Barbara znakomicie orientuje się w bieżących sprawach, polityce i sytuacji geopolitycznej. Rozmawialiśmy o Egipcie, remontach w Warszawie ale też o tym, że fajnie pojechać na grzyby za miasto. Jeśli ktoś ma ochotę porozmawiać z naszym rozmówcą to Pani Barbara z Dobrej będzie jednym z gości honorowych spotkania odbywającego się w ramach festiwalu Powiślenia w dniu 14 września 2013. Spotkanie – a także wiele innych atrakcji – będzie miało miejsce w podwórzu domu przy Dobrej 22/24, szczegóły spotkania znajdziecie tutaj.

 

Pamiętajmy o Powstaniu

Jedną z ciekawych imprez towarzyszących festiwalowi Powiślenia będzie spotkanie pod tytułem Pamiętajmy o Powstaniu. Zorganizowała je Fundacja Ośrodka KARTA oraz Spółdzielnia Budowlano-Mieszkaniowa „Nowe Zjednoczenie”, zostało ono dofinansowane przez Urząd Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy za co im chwała. Impreza będzie miała miejsce w godzinach 12:00 – 21:30 na podwórku domu przy ul. Dobrej 22/24 (róg Tamki) oraz w jego okolicy.

Dlaczego warto tam zajrzeć:

1. Wystawa fotograficzno – poetycka „Nasz dom, nasze Powiśle, nasze Powstanie”

2. Koncert piosenek powstańczych w wykonaniu 2 młodych aktorek – Julii Konarskiej i Magdy Drab oraz akordeonisty Tomasza Ostaszewskiego. Będzie można wspólnie pośpiewać wraz z wykonawcami, widzowie dostaną teksty piosenek od organizatorów.

3. Spotkanie z uczestnikami Powstania, wysłuchanie ich wspomnień.

4. Pokaz pamiątek osobistych z Powstania

5. Rekonstrukcja piwnicy, w której chronili się mieszkańcy.

6. Instalacja sześciu wielkich tablic ustawionych na chodnikach ulic Tamki i Dobrej z napisami „TU STAŁA BARYKADA POWSTAŃCZA”, zdjęciam i opisami tych barykad.

7. Prelekcja historyka Jarosława Zielińskiego „Przedwojenne Powiśle”.

8. Poczęstunek zupą „powstańczą”

9. Dyskusja wielopokoleniowa na temat przyszłorocznych obchodów 70-lecia Powstania

10. Stoisko z wydawnictwami Ośrodka KARTA

11. Konkurs rysunkowy dla dzieci

Szczegółowy harmonogram znajdziecie poniżej.

Pamiętajmy o Powstaniu na Powiślu
Pamiętajmy o Powstaniu na Powiślu
Urząd Dzielnicy Śródmieście współfinansuje to wydarzenie
Urząd Dzielnicy Śródmieście współfinansuje to wydarzenie

 

Powiślenia 2013

Festiwal Powiślenia we wrześniu to już tradycja. W tym roku odbędzie się 5 edycja tego niezwykle barwnego, kulturalnego wydarzenia. W 2013 roku w festiwalu bierze udział ponad 50 miejsc na Powiślu, fundacji i instytucji. Głównym koordynatorem i prowodyrem tego zamieszania jest Kasia Federowicz z Partnerstwa dla Powiśla. Udało jej się wypracować wyjątkową formułę: sąsiedzkich spotkań na Powiślu dla każdego.

Festiwal Powiślenia 5 edycja
Festiwal Powiślenia 5 edycja

Czym jest Festiwal Powiślenia? Powiślenia to przede wszystkim spotkanie sąsiedzkie ale także: koncerty, pokazy filmowe, spektakle; warsztaty artystyczne i kulinarne. Generalnie wszystko to co sprawia, że ludzie wychodzą z domu i chcą połazić po Powiślu.

Wyjątkowe targowisko w ramach festiwalu Powiślenia
Wyjątkowe targowisko w ramach festiwalu Powiślenia

Miejsca i organizacje które wezmą udział w Festiwalu to:  

Restauracje, kawiarnie:

– Solec 44; Czeska Baszta; Cuda na Patyku; Kawiarnia Kafka; Klubokawiarnia Grawitacja; Tarabuk; Plac Zabaw; Cud nad Wisłą; Veg Deli; By The Way Bottenga Kulinarna; Yerbaciarnia Terere;  Noona; WarsandSawa

Sklepy i usługi:

– Księgarnia EFKA; Puenta; DB Italia; Warzywniak na Solcu; Vintage Store; Boutique Bed&Breakfast; Product Placement; Fraszki Igraszki; Salsa Libre; Atelier Słoma&Trymbukak; Alchemicus; Kopernika 25; Royal With Cheese; The Warsaw Hostel; Bawmisie; Fryzjer Wojtek; Pracownia Krawatów; Laki Loki;

Stowarzyszenia, fundacje, szkoły i instytucje kulturalne oraz firmy:

– Towarzystwo Przyjaciół Warszawy – Oddział Powiśle; Cedoz – Akademia prawa pracy i rachunkowości; Centrum Przedsiębiorczości Smolna; Siostry Urszulanki; Przedszkole Wiślana Kropelka; Muzeum Fryderyka Chopina;  Spółdzielnia Budowlano-Mieszkaniowa „Nowe Zjednoczenie”; OUT of CTRL; Powiślańska Fundacja Społeczna; Młodzieżowy Dom Kultury im. Władysława Broniewskiego; Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie; WikiRadio; Związek Polskich Malarzy i Grafików; Fundacja Śniegoszów; Akademia Aktywnej Komunikacji; Urząd Dzielnicy Śródmieście; BUW; Wydawnictwo Dwie Siostry; Projekt społeczny 2012; Stadion Narodowy; Biblioteka nr 44; Centrum Nauki Kopernik; Fundacja na rzecz wspólnot lokalnych “Na miejscu”.

IV Konkrs na Najlepszy Wypiek Powisleń - jedna z atrakcji Festiwalu
IV Konkrs na Najlepszy Wypiek Powisleń – jedna z atrakcji Festiwalu

Ilość atrakcji jaka Was czeka 14 września 2013 roku na Powiślu jest tak duża, że opiszemy tylko jedno z nich (szczegóły już w poniedziałek), zdecydowanie jednak namawiamy do zapoznania się z poniższym harmonogramem – tutaj znajdziecie wszystko.

Powiślenia 2013 - harmonogram
Powiślenia 2013 – harmonogram

Festiwal Powiślenia 2013 swoim patronatem objęło parę zacnych redakcji: HelloWarsaw; DesignAlive; Fpięć; Pakamera & Example; KukBuk oraz mało znany portal Moje Powiśle (tak, to my). Do zobaczenia 14 września na Powiślu!

Konkurs rozstrzygnięty!

Przedstawiamy Wam szczegóły rozstrzygnięcia konkursu który ogłosiliśmy wraz z redakcją Ogarnij Miasto. Szczegóły konkursu i regulaminu znajdziecie tutaj. W ostatnią środę spotkaliśmy się w Grawitacji aby uradzić która z nadesłanych prac zasłużyła na wygraną w naszym konkursie.

Obrady Jury - od lewej: Marcin (Moje Powiśle), Paweł i Magda (Ogarnij Miasto)
Obrady Jury – od lewej: Marcin (Moje Powiśle), Paweł i Magda (Ogarnij Miasto)

Trochę nam się zeszło, staraliśmy się dokładnie porównać i sprowadzić do wspólnego mianownika prace przesłane przez Was. Przy okazji spożyliśmy trochę wina i piwa. Wcześniej jednak dokonaliśmy wyboru. Nie było łatwo.

Jedna z prac przesłanych do nas
Jedna z prac przesłanych do nas

Zwycięzcą konkursu został … (tutaj małe fanfary) Artur Wojtczak. W pracy Artura ujęło nas przede wszystkim szczegółowe opisanie wielu miejsc a także dużo osobistych informacji. Gratulacje Artur, główną nagrodę przekażemy niebawem osobiście. Pracę Artura znajdziecie tutaj.

Dziękujemy wszystkim tym którzy wzięli udział w konkursie. Ci którzy nie przesłali nam swoich prac niech żałują. Wszyscy którzy przesłali do nas odpowiedź na pytanie: “Moje Powiśle to…” otrzymają od nas naklejki.

Heritage – Shop & Wine

Solec 117, w listopadzie 2012 w jednym z pawilonów otwiera się sklep z winem i produktami włoskimi o angielskiej nazwie Heritage (ang. Dziedzictwo). Włoski sklep na Solcu? Ze sprowadzanymi z Włoch produktami w cenach nie zawsze w zasięgu przeciętnego mieszkańca Powiśla? No nie dadzą rady! Wystrój nieco surowy ale znakomicie pokazujący towary z przysłowiowej wyższej półki. Na początku sklep wydał nam się nieco nie na miejscu.

Sklep Heritage Shop & Wine na Solcu 117
Sklep Heritage Shop & Wine na Solcu 117

W tej części ulicy Solec dawno też nie było jakiejś kawiarni czy podobnego miejsca – zapewne z uwagi na niezbyt przyjazną otoczeniu wspólnotę która dysponuje pawilonami przy Solcu. Mieliśmy zatem obawy jak długo to miejsce będzie aktywne na powiślańskiej mapie.

Włoskie jedzenie i wino

Nasze obawy okazały się bezpodstawne. Sklep ma swoich stałych klientów, przybywa kolejnych, czynny jest od 8 do ostatniego klienta. Ceny też zaskakują na plus – lampka wina za 8 zł, latte za 10 zł to ceny niższe niż w większości miejsc w centrum Warszawy.

Heritage: Duży wybór win włoskich
Heritage: Duży wybór win włoskich

Duży wybór włoskich wędlin i mięs, świeża rukola, dodatki, pasty i przyprawy wprost z Italii powodują, że wchodzisz tam z ciekawości a potem się przekonujesz, że warto było wejść. Właściciele Heritage Shop & Wine jeżdżą dość często do Włoch i samodzielnie wybierają oliwki, szynki i wina. Wszystkie te specjały kupują bezpośrednio od lokalnych, małych producentów i sprawdzonych plantacji.

Cechą charakterystyczną tego miejsca jest ogromny stół przy którym często brakuje miejsca. Można sobie także przycupnąć na parapecie. Zakupione przysmaki można skosztować na miejscu. Co ważne miejsce jest przez wiele osób traktowane jako lokalne – mieszkają w promieniu 200-300 metrów i wpadają rano na kawę a wieczorem na wino. Należymy do właśnie tej grupy klientów – często wpadamy rano po kanapkę z pomidorami i mozzarellą a wieczorem po wino w drodze do znajomych.

Sklep czyli testowanie win

Co nas ujęło w tym miejscu, że postanowiliśmy o nim napisać? Przede wszystkim ludzie, którzy tworzą to miejsce i powodują, że nie jest to kolejny włoski sklep w Warszawie. Swietłana, Ania, Aldona, a czasem także sami właściciele witają stałych klientów, znają ich preferencje zakupowe i zwyczaje. Nam zdarza się czasem dostać odpowiednią kawę i kanapkę na ciepło zanim zdążymy zamówić. Takie kontakty między ludźmi tworzą miejsca które lubimy a te tworzą ten klimat Powiśla, który chcemy promować.

Heritage Shop & Wine to także regionalne produkty włoskie
Heritage Shop & Wine to także regionalne produkty włoskie

Przy okazji polecamy na ciepły wieczór mocno schłodzone prosecco z truskawką.

Maria Skłodowska Curie: Mural na Lipowej

Na ulicy Lipowej pod numerem 3 można natknąć się na ciekawy mural. Na nim Maria Skłodowska Curie, nasza dwukrotna noblistka. Kobieta symbol przełomu XIX i XX wieku. Odkryła dwa pierwiastki i jako jedyna kobieta spoczęła w paryskim Panteonie. Lista jej osiągnięć jest bardzo długa. Przede wszystkim była jednak polką. Zawsze zaczynała swoje publiczne wystąpienia od słów: Urodziłam się w Warszawie. Mówienie o tym głośno w czasach gdy Polski nie było na mapie świata było bardzo istotne.

Maria Curie Skłodowska w wersji tradycyjnej
Maria Curie Skłodowska w wersji tradycyjnej

Autorami tego muralu jest grupa Good Looking Studio, która ma na koncie wiele realizacji. Mural powstał w grudniu 2010 roku na zamówienie Miasta Stołecznego Warszawy (szacun) z okazji obchodów Roku Marii Skłodowskiej-Curie w 2011 roku. Mural został dopasowany do budynku biblioteki wkomponowując się w budynek a także wykorzystując elementy jego architektury.

Mural - Maria Curie Skłodowska - na Lipowej 3
Mural – Maria Curie Skłodowska – na Lipowej 3